PDF Archive

Easily share your PDF documents with your contacts, on the Web and Social Networks.

Share a file Manage my documents Convert Recover PDF Search Help Contact



rabid dogs .pdf


Original filename: rabid dogs.pdf

This PDF 1.6 document has been generated by Adobe InDesign CS5 (7.0.4) / Adobe PDF Library 9.9, and has been sent on pdf-archive.com on 14/03/2016 at 22:37, from IP address 83.23.x.x. The current document download page has been viewed 430 times.
File size: 2 MB (1 page).
Privacy: public file




Download original PDF file









Document preview


N
Mira Suchodolska

ikt ich nie lubi – ani prawa,
ani lewa strona. Środek też
nieszczególnie. Ba, są solą
w oku Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa Trybunału
Konstytucyjnego, który nie
chciał ujawnić kwot wynagrodzeń na umowach zawieranych przez TK z osobami fizycznymi. Przegrał z nimi pod koniec zeszłego roku sprawę
przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym
w Warszawie. I wniósł skargę kasacyjną do NSA.
Psy na początku lutego rozjuszyły też posłankę PiS Krystynę Pawłowicz. Kiedy ujawniły
rachunek za obiad, jaki zjadł prezes Jarosław
Kaczyński z Viktorem Orbánem i domagały
się odpowiedzi na kilka innych pytań (m.in.
dotyczących przebiegu spotkania) napisała na
swoim profilu facebookowym: „CO to jest jakaś
bezczelna »sieć obywatelska WATCHDOG«? KTO
daje im zlecenia na prawicę? KTO FINANSUJE? Gdzie te »PSY« spały przez ostatnie 8 lat?”.
Psy odpowiedziały natychmiast, podając
swoich partnerów (jest ich wielu, m.in. Centrum Edukacji Obywatelskiej, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Fundacja Court Watch
Polska, Fundacja im. Stefana Batorego, Fundacja im. Heinricha Bölla, Stowarzyszenie
Homo Faber, Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych, Ashoka, Forum Społeczeństwa Obywatelskiego Unii Europejskiej
i Rosji) oraz udostępniając linki do dokumentów finansowych (nie biorą pieniędzy od instytucji publicznych, utrzymują się z grantów
i darowizn). Zrobiło się o nich głośno, pokazały
ich media, a na konto „psów stróżujących”
zaczęły wpływać datki od zwyczajnych ludzi.
Padło wiele mądrych i ważnych słów o tym, że
władza powinna działać w interesie obywateli.
Że ci mają prawo wiedzieć, jakie decyzje podejmuje i dlaczego. W jaki sposób wydaje ich
pieniądze. Słowo „transparentność” pojawiło
się kilka tysięcy razy. Co z tego? Choć Watchdog Polska jest organizacją apolityczną, sprawa zrobiła się polityczna. Jak wszystko u nas.
Każdy wie swoje, choć nie ma pojęcia. Chyba
że mieszka w pipidówie, którą trudno znaleźć
na mapie. I ma wśród swoich znajomych psa,
który węszy i stróżuje w jego imieniu.
Mnie z nimi zetknął los. Dwa ostatnie
weekendy spędziłam w tym towarzystwie na
szkoleniu. Podczas którego opowiadałam im
o dziennikarstwie. Uczyłam, jak pisać, żeby ludzie przeczytali i zrozumieli. A oni opowiadali
mi swoje historie. Skąd się w tym watchdogowaniu wzięli. Chętnie podzieliłabym się nimi
wszystkimi – dziejami społecznikowskiego
życia dwudziestu narwanych idealistów, których poznałam. Ale muszę się ograniczyć do
kilku, bo – jak to się mówi w naszym fachu
– gazeta nie jest z gumy. Będzie tak, jak mi
relacjonowali swoje historie. Bez komentarzy
mądrych profesorów, analiz i podsumowań.
Tylko jedna uwaga: wszyscy moi rozmówcy
swoją działalność społeczną zaczęli od tego, że
lokalna władza naruszyła ich prywatne interesy. Zaczęli o nie walczyć, a potem już poszło
samo: złapali bakcyla. I zaczęli nim zarażać.

Katarzyna Okuniewska
Idealistka, lat 53, Stare Lipiny, okolice Wołomina. Zadbana, wygadana, ładnie się uśmiecha. Brunetka. O swoich poglądach politycznych: „Trochę anarchizuję. W tym sensie, że
mi się żadna władza nie podoba. Ja uważam,
że władza, to służba, więc niektórym – OK,
większości – przeszkadzam”.
Katarzyna do 2014 r. żyła jak wszyscy. Głównie życiem domowym. Mąż, dzieci. Pobudowali się w Starych Lipinach, prowadzili interes. Obok dogorywało wysypisko śmieci. Tak
przynajmniej myśleli, bo zgodnie z wszelkimi planami tudzież deklaracjami lokalnych
władz miało zostać zamknięte i rekultywowane. Wiosną 2015 r. zaczęły do nich docierać
niepokojące wieści: na sesji rady miasta ma
zostać uchwalony plan zagospodarowania dla
terenu składowiska. Zamiast rekultywować
wysypisko, mają tam – na częściowo zalewowym terenie – wybudować instalację do przerabiania odpadów. – Okazało się, że samorząd
dysponuje decyzją środowiskową pozyskaną
bez wymaganych prawem konsultacji społecznych – opowiada Katarzyna. Wiadomo, wszyscy wytwarzamy odpady, trzeba coś z nimi
zrobić. W tym przypadku oznaczało to, że za
płotem ich domów powstaną silosy, w których te śmieci będzie się suszyć. A jak będą
za szybko schły, to trzeba je będzie polewać
gnojówką, która z nich wycieka. Smród? Tak.
Spadek wartości ziemi? Oczywiście. W dodatku wszystko zrobione za plecami ludzi.
Katarzyna zaczęła się bić. Zgromadziła ludzi, którzy podobnie jak ona byli zaniepoko-

jeni i niezadowoleni. Ale lokalna władza nie
chciała z nimi gadać. Brała na przetrzymanie.
Powołali więc stowarzyszenie Zielony Wołomin. Były marsze, protesty, ulotki.
Samorząd miał to w nosie. Budowali, budowali, nawet nocą. Koszt 14,5 mln zł. Wszystko
z kredytów – Funduszu Ochrony Środowiska
oraz bankowych. Więc znów protesty i marsze.
W odpowiedzi pozew sądowy od samorządu:
o 120 tys. zł. za plamę na honorze. Wiele osób
się przestraszyło, wycofało.
30 marca ma zapaść wyrok w sprawie unieważnienia decyzji środowiskowej. Wszystko
wskazuje na to, że wygrają, ale i tak zwyczajni ludzie zapłacą za tamte chybione decyzje
władz lokalnych. Bo kredyty trzeba spłacić,
a śmieci wywozić.
Bycie psem oznacza, że każdy może kopnąć.
Na Katarzynę także szukano haków. Była pouczana przez dzielnicowego, że jeśli spotkają
się ze znajomymi w więcej niż w dziesięć osób,
mają zgłaszać zgromadzenie. Samorząd z publicznych pieniędzy opłacał artykuły i ulotki,
dyskredytujące ich w oczach mieszkańców,
zarzucano im kłamstwa, że chcą przejąć grunty pod deweloperkę. I jeszcze, że są politycznie uwikłani
i ktoś nimi steruje.
Katarzyna jest administratorem platformy
Forum Samorządowe Wołomin, gdzie
mieszkańcy
dzielą się wiadomościami
i debatują.
Udało się

sować. I zobaczył urzędniczą mafię, nepotyzm, korupcję.
Opowiada: większości spraw nie udaje się
załatwić, bo wali się głową w ścianę. Prokuratura umarza. Jak w tym przypadku: dyrektor ośrodka kultury podpisywała się za
męża sołtysa, który nie miał czasu przychodzić na sesje rady gminy. Ale każda podpisana obecność oznaczała dietę. Prokuratura
warunkowo umorzyła postępowanie, pani
nie została ukarana nawet najmniejszym
mandatem. Albo inny kwiatek: wójt podpisywał kwity w urzędzie pracy za swojego znajomka. Który chciał pobierać zasiłek
dla bezrobotnych, choć w tym czasie pracował w Stanach. To samo: niska szkodliwość
społeczna. – Rolnik, który walczył w sądzie
o prawo pierwokupu dzierżawionego przez
siebie od dziesięć lat pola, wygrał tyle, że

Piotr. Ale zaraz poważnieje. Bo on może sobie pozwolić na niezależność: ma środki do
życia, nie musi się martwić o żonę i dzieci. Ale jego przyjaciele owszem. Jemu lata,
kiedy go wyzywają: był już żydem, pedałem,
gwałcicielem, tajnym agentem GRU, pedofilem... Jeśli o czymś zapomniał, to przeprasza.
Może być jeszcze platfusem i pisiorem jednocześnie. – Ale w takich miejscowościach jak
moja, gdzie głównym pracodawcą jest gmina,
a każda posada jest na wagę złota, ludzkie
kręgosłupy miękną. I ja tych ludzi nie oceniam – mówi. To samo dzieje się w dużych
miastach, na o wiele większą skalę. Jednak
tam tego nie widać, bo ludzie się nie znają.
I wiele spraw wsiąka w piach.
– To, co mi się udało, to przekonanie na
gminnych władzach prowadzenia ogólnie dostępnego rejestru umów. Od ponad trzech lat
udaje się także skutecznie blokować
plany budowania farm
wiatrowych na
Sejneńsz-

Googlować. Znalazła linka do Stowarzyszenia
Lokalnych Liderów Grup Obywatelskich, bo
tak się początkowo nazywała watchdogowska
inicjatywa (i nikt nie był w stanie zapamiętać
tej nazwy). Napisała, odpowiedzieli, poradzili, zaangażowała się. – To nie jest tak, że ludzie w małych społecznościach mają wszystko
w nosie. Przeciwnie, są bardzo zainteresowani, ale boją się wychylić – opowiada Monika.
Burzą się, sarkają, plotkują. Nic nie robią, bo
się boją. W dodatku nie mają świadomości
swoich praw. Nie wiedzą, co im się należy.
Można im wszystko wmówić. A lokalni kacykowie utwierdzają ich w tej bezradności.
– Mówią: dajemy, więc macie z wdzięcznością
brać – wzdycha Monika.
Tak było z budową placu zabaw w jej wiosce.
Powstał. Za 110 tys. zł. Niemal w środku lasu.
Wypasiony, kolorowy. Zupełnie bez sensu.
Nikt tam nie chodzi, z wyjątkiem dwóch
łosi, które przerwały płot.
– Od nas jest wszędzie daleko.
Dzieciaki

Wściekłe psy

administracyjno-sądowych instancji. Pozew,
wyrok, odwołanie, wyrok. Wcale jej nie dziwi,
że w niektórych kręgach są traktowani niczym wrzód na pośladku. Gdyby siedzieli cicho, byłoby prościej. Ale opłaca się, mają wiele
sukcesów. Udało się im na przykład zmusić
samorząd do zrobienia zakładki w BIP, gdzie
udostępniają dokumenty wytworzone przez
komisję ds. rozwiązywania problemów alkoholowych – tzw. korkowe. Wprawdzie jeszcze
nic z tego nie wynika, ale dajmy sobie trochę
czasu. Kolejne zwycięstwo: zebrania w wioskach teraz się faktycznie odbywają. Monika ma nadzieję, że dzięki takim działaniom
nawet radni, którzy przysypiają na sesjach,
pewnego dnia się obudzą. Coś zrozumieją.
I zaczną mieć swoje zdanie.

Krzysztof Bereta
Po czterdziestce, przystojniak z długimi włosami, samoswój, zdystansowany. Mieszkaniec
Margonina. Urodzony w Wałczu, kształcony
technicznie w Krakowie, co mu dało okazję
swojego czasu do nawalania się z Milicją Obywatelską. I taka niepokorna postawa mu pozostała do dziś.
– Mnie się generalnie nie chce, ale jak coś
mnie zirytuje, jak ktoś kogoś w moim otoczeniu albo mnie próbuje wyruchać, to się
angażuję – składa deklarację Krzysztof. W swoim życiu wykonywał różne
zawody, nie lubi się nudzić. Robił
jako techniczny nurek, prowadził ciężarówkę, a w 1998 r. wylądował wraz ze swoją żoną,
germanistką, w Margoninie.
Nie, żeby się od razu zaangażował, generalnie miał
wszystko – jak większość
ludzi – w rzyci. Uruchomił się dopiero, jak
opowiada, w 2006 r.,
kiedy po jego gminie
zaczęli krążyć akwizytorzy od firm wiatracznych. Podobnie
jak to było w przypadku Kodzisa.
Zaczął chodzić
na sesje miejskiej
rady – jako jedyny mieszkaniec.
Nie miał daleko,
to prawda, 50 metrów, można skoczyć w kapciach.
Ale chodził. I obserwował. Zauważył, że
te głosowania to ściema. Co innego gadali
na komisjach, co innego
przegłosowywali. I jeszcze jedno go zirytowało:
samorządowcy, zamiast
dbać o interesy mieszkańców, zaangażowali się w stawianie wiatraków. Kombinowali, jakby tu skłócić ludzi, utajnić
umowy i stawki, jakie proponowali
za zgodę na postawienie tych instalacji. Zapewniali, że to inwestycje na cel
publiczny, ale fermę na 130 wiatraków
podzielili na etapy, żeby wojewoda się do
niej nie dobrał z kontrolą.
Krzysztof zaczął kopać w dokumentach.
I dokopywał się interesujących rzeczy. Na
przykład takich, że samorządowcy w wesołych autobusach jeździli do Niemiec, do firmy,
która była zainteresowana stawianiem wiatraków koło jego domu. I jeszcze, że choć obiecywała inwestycje, remonty dróg, to niewiele
zrobiła. – Taka gminna targowica – podsumowuje Krzysztof. Dogadują się: „ty mi puść
dwie lampy, to ja ci puszczę plac zabaw”. Suche lodowisko zasponsorowane przez wiatraki
wymaga nakładów gminnych na utrzymanie,
choć mało kto na nie zagląda.
A tymczasem wśród mieszkańców są tacy,
którzy potrzebują pomocy. Jak samotny ojciec z gromadką dzieci, które nie miały jak
się dostać do drogi, aby dojść do szkoły. Bo
woda i błoto. Gumofilce to mało na taki tor
przeszkód. Była zadyma. Krzysztof mówi, że
jego samego by to wszystko nieszczególnie
ruszało, ale przykro mu, bo dostaje się także
jego żonie. Nauczycielce, społeczniczce, która działa na rzecz dzieci. Założyła stowarzyszenie, ale wywalili je z miejscowego domu
kultury. Na szczęście pewien przedsiębiorca
ich przytulił. I mogli zrobić imprezę, na której
zbierali pieniądze dla dziewczynki z chorobą
genetyczną.
O Krzysztofie mówią: świr, bereciarz. Zadymiarz. Warchoł. Ma w sądzie administracyjnym bodaj dziesięć spraw: domaga się m.in.
ujawnienia wysokości nagród i premii dla

stróżujące

zmusić lokalne władze
stworzenia na
stronie BIP urzędu centralnego rejestru umów, które
zawierane są z podwykonawcami. Coraz więcej
dokumentów tam jest, nie
sposób wszystkich przeczytać. Ale są. I w każdym momencie można powiedzieć: sprawdzam.

Piotr Kodzis

Mieszkają w niewielkich miejscowościach.
Nie są szczególnie agresywne, ale szczekają
głośno, bywa że gryzą. Są utrapieniem
dla lokalnej władzy, bo patrzą
jej na ręce. Sieć Obywatelska
Watchdog

Okolice Sejn, informatyk. Duży, postawny
mężczyzna w średnim wieku. Flegmatyczny, wyluzowany. Opowiada o sobie: „Przez
całe życie pracowałem w korpo, w Warszawie, ale marzyłem o życiu na zadupiu,
co się ziściło. Pięć lat temu przeprowadziłem się w okolice Sejn, bo dostałem robotę
w amerykańskiej firmie, którą mogę wykonywać zdalnie, z domu. Nigdy wcześniej nie
byłem społecznie zaangażowany, robiłem
na siebie. Po przeprowadzce także, przez
dwa lata cieszyłem się spokojem i przyrodą. Mój spokój zakłóciła informacja: będą
mi stawiać farmę wiatrakową koło domu.
Nie miałem pojęcia, z czym to się je. Postanowiłem zapytać”.
Piotr opowiada, że pojechał do urzędu
gminy w Krasnopolu, żeby się czegoś więcej
dowiedzieć. Przyjęli go radca prawny i pan
od gospodarki przestrzennej. Kpili. Zalewali
urzędniczym bełkotem. Jak dziś ocenia, mieli niezły ubaw z gościa, który się na niczym
nie zna. – I w ten sposób wygenerowali sobie problem w postaci mojej osoby – mówi
Kodzis i przyznaje, że się wkurzył. Gdyby go
potraktowali normalnie, wytłumaczyli, nie
byłoby pewnie sprawy. Wróciłby do swojego
samotniczego życia. A tak zaczął się intere-

policja przez dwa tygodnie prowadziła pod
jego domem – na totalnym zadupiu, gdzie
prawie nikt nie jeździ – akcję trzeźwość. A że
facet jest niemal abstynentem i nie udało się
go dopaść, to znaleziono inny sposób. Chyba
dziesięć instytucji kontrolowało jego gospodarstwo, wreszcie udało się znaleźć haka: zamknęli mu możliwość produkowania mleka,
które okazało się nagle trujące – opowiada
Piotr. I komentuje, że w Polsce lokalnej to
jest – znany z filmu – układ zamknięty. Nie
można go obejść ani przeskoczyć. Można się
podporządkować albo polec. – Mąż pani prokurator okręgowej w Suwałkach jest radcą
prawnym pracującym dla wielu sejneńskich
gmin. I już nie muszę komentować – śmieje
się Kodzis.
On ma o tyle dobrą sytuację, że nie jest nijak zależny od lokalnych władz. Pracodawca
w Teksasie. Nie ma rodziny. Mogą mu skoczyć. Z własnej kasy wydaje gazetę „Znad
Marychy”: każde gospodarstwo ją dostaje do
skrzynki. – Jak napiszę, że X jest gnojem, to
dowiedzą się o tym wszyscy w okolicy. Więc
władza musi się ze mną liczyć – chichocze

czyźnie. Za to mnie nienawidzą. I z tego jestem dumny – puszcza oko Piotr Kodzis.

Monika Bienias
Ma tyle lat, co wszyscy, czyli około 40. Ksywa
„Rolniczka”, choć z wykształcenia jest handlowcem. Mieszkanka Czubajowizny, wiochy przy dziurawej, nieoświetlonej drodze,
w której zarejestrowano 120 obywateli o biernych prawach wyborczych. Razem z dziećmi
i resztą towarzystwa nie będzie więcej niż
160 osób. Mieszka tam od 19 lat, ale urodziła się w sąsiedniej gminie. A jej dziadek był
pierwszym powojennym wójtem w jej wsi,
więc czuje się zakorzeniona. Ma męża, złotą
rączkę, którego wszyscy szanują i potrzebują.
Oraz dwie córki: 18 i 9 lat. Zażywna, kontaktowa, uśmiechnięta.
Zanim się wdała w awanturę z watchdogami, była przede wszystkim mamą i żoną. Dbała o dom. Dzieci. Gospodarstwo. Na wojenną
ścieżkę weszła przez przypadek. Zainteresowała się lokalną sprawą: fundusz sołecki jej
wsi został rozdysponowany na zebraniu, którego nie było. Jak to? Zaczęła drążyć. Szukać.

trzeba wozić
do szkoły, rodzice
muszą jeździć do roboty,
a babcie gotują w tym czasie obiady. A plac
zabaw tęskni za łosiami – ironizuje Monika.
Zaczęła się bić o to, żeby lokalny samorząd
wziął na poważnie potrzeby mieszkańców. Za
110 tys. zł. można by wyremontować kawałek
dziurawej drogi. Albo przynajmniej oświetlić
te dziury. Nie.
Za swoją dociekliwość została ukarana.
Ktoś, ciekawe kto, wysłał anonim do prokuratury informujący, że niejaka Monika Bienias prowadza się z mężczyznami, nadużywa
alkoholu, zaniedbuje dom i dzieci. Które są
tak wygłodniałe, że kradną innym w szkole kanapki. – Miałam wizytę kuratora, który przyszedł to sprawdzić – zżyma się moja
rozmówczyni. Nie ma pretensji: dobro dzieci
przede wszystkim. Podobną wizytę miała jej
znajoma – także zaangażowana w stróżowanie. Tyle że ją odwiedziła opieka społeczna.
– Mam przykrą wiadomość: nie jestem zastraszona. Chodzę na sesje rady gminy, filmuję, wrzucam do sieci. Ja i moi współmieszkańcy mamy prawo wiedzieć – kwituje Bienias.
To Monice i jej przyjaciołom nie przychodzi
łatwo. Każdy niemal dokument, którego jawność wywalczyli, musiał przejść przez kilka

urzędników. Oraz treści umów na zadania
publiczne. – Napędza mnie adrenalina – przyznaje Krzysztof. I opowiada o zjeżdżalni wodnej zakupionej dla mieszkańców miasta, która
miała być nówką sztuką, a okazała się wybrakiem zwróconym producentowi przez Gruzinów. I o motorówce za 98 tys. zł sprzedanej za
połowę wartości na Allegro. I o utajnionych
zeznaniach podatkowych za wiatraki. – Jeszcze
mam siłę, więc się nie poddaję. A wiem, że to
dopiero początek drogi – deklaruje Krzysztof.

Iwona Krępic
Mieszkanka wsi Kopice (jakieś 150 głów) w Zachodniopomorskiem. Absolwentka ochrony
środowiska, chemik po Politechnice Szczecińskiej. Mąż górnik z Jastrzębia-Zdroju,
przekwalifikował się na drukarza. Do Kopic
sprowadzili się osiem lat temu. Dwa lata napawali się pięknymi okolicznościami przyrody
i spokojem, ale mieszkańcy wioski poprosili
Iwonę, żeby została sołtysem. Zgodziła się,
choć nie miała pojęcia, z czym się to wiąże.
Ale zaczęła się uczyć przepisów, chodzić na
sesje rady gminnej, dociekać, kombinować,
skąd wziąć środki finansowe dla swojej wioski.
Bo, jak mówi, jeśli ma coś robić, to porządnie.
Jakoś szło, do momentu, kiedy wójt gminy
Stepnica, do której należą, wpadł na pomysł,
aby ze wsi Stepnica zrobić miasto. I ogłosił
na zebraniu 16 sołtysów konsultacje społeczne, zresztą wymagane prawem. Ale były to
szczególne konsultacje, gdyż miały polegać
na tym, że każdy mieszkaniec gminy miał
się wypowiedzieć imiennie. Sołtysi mieli rozdawać karty do głosowania i je potem zbierać, a ludzie głosować: jestem za albo przeciw
miastu. Imię, nazwisko, podpis. – Ja i jeszcze
jeden sołtys uznaliśmy, że to jest wbrew konstytucji. Nie można wymagać od ludzi, żeby
głosując, ujawniali swoje dane – wspomina
Iwona. Ale i tak głosowanie zostało przeprowadzone na zasadach wójta. Stepnica stała się
miastem. Niby mało ważna sprawa, ale nie do
końca. Przede wszystkim chodzi o zasady. Na
przykład o konstytucję. I prawa obywatelskie,
czego wójt, emerytowany pułkownik WOP,
nie rozumiał. No i jeszcze o to, że niektórzy
mieszkańcy zostali przez tak przeprowadzone konsultacje i wynikające z nich decyzje
poszkodowani. Jak Maria, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego, instruktorka jazdy konnej i specjalistka od hipoterapii.
Straciła możliwość zarobkowania, bo w mieście nie można mieć agroturystyki – co się
samo przez się rozumie. – Cztery lata trwała walka. Angażowaliśmy różne instytucje,
od rzecznika praw obywatelskich, poprzez
GIODO, na sądach administracyjnych kończąc – opowiada Iwona.
Wreszcie zapadł wyrok Naczelnego Sądu
Administracyjnego, który orzekł, iż żądanie od
obywateli, aby się podpisywali pod głosowaniem w sprawach publicznych z imienia i nazwiska, jest niedopuszczalne. To orzeczenie
ma wydźwięk nie tylko lokalny, ale i ogólnopolski. Prawo Marii – bo tak zostało to nazwane w mediach – będzie obowiązywało. – Cieszę
się także, bo nawet lokalne media, sponsorowane przez samorządy, przestały na nas napadać, wyzywać od oszołomów i debili. Możemy normalnie z nimi rozmawiać – opowiada
Iwona Krępic. Ale to nie znaczy, że nadszedł
czas spokoju. Raz, że trzeba napisać pozew
do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka,
żeby Maria, która utraciła zdolność zarobkowania, dostała jakieś odszkodowanie. Dwa,
że na terenie ich gminy jest jeszcze mnóstwo
spraw do załatwienia. Na przykład ta związana
z azbestowymi rurami wodociągu gminnego
(30 km, a wiemy, jak szkodliwy jest azbest).
I jeszcze te bakterie, enterokoki, w wodzie.
Jest się czym zajmować, o co walczyć.
Straty? Iwona nie zauważyła. Więcej jest
korzyści. Na przykład zaufanie ludzi. I jeszcze
to, że założyli z mieszkańcami organizację turystyczną, która, choć odcięta od gminnych
funduszy, weszła w skład świetnej inicjatywy – Rewilding Europe. To dziesięć miejsc
na Starym Kontynencie, wartościowych pod
względem przyrodniczym i krajobrazowym,
połączonych wspólnym planem: aby wspierać
ochronę środowiska i turystykę zarazem. – Teraz Europa przyjeżdża do nas. I pilnuje, żeby
na naszym terenie, objętym planem Natura
2000, gdzie mamy ptasie lęgowiska – bieliki,
kanie, orliki – tych strasznych farm wiatrowych nam nie postawili – opowiada Iwona.
___
Farmy wiatrowe to osobny temat. Pewnie
jeszcze o nich napiszę. Na razie zostańmy
przy psach. Ktoś może nazwać je kundlami,
ale jestem pewna, że się nie obrażą. Kundle są
wierne. Czujne. Silne. I nie przestaną
stróżo-wać. Nawet jak ich miska będzie
pusta.


Document preview rabid dogs.pdf - page 1/1

Related documents


rabid dogs
swastyki i pasiaste pi amy
tragedia hiroszimy animowane wizje zag ady
khk 6 2014
miklos nyiszli by em asystentem doktora mengele
kurier lubelski 22 06 2016


Related keywords