PDF Archive

Easily share your PDF documents with your contacts, on the Web and Social Networks.

Share a file Manage my documents Convert Recover PDF Search Help Contact



Rozdział 3. Amelia .pdf



Original filename: Rozdział 3. Amelia.pdf
Author: alex syriusz

This PDF 1.5 document has been generated by Microsoft Word / , and has been sent on pdf-archive.com on 13/02/2017 at 02:18, from IP address 37.47.x.x. The current document download page has been viewed 157 times.
File size: 300 KB (9 pages).
Privacy: public file




Download original PDF file









Document preview


Rozdział 3. Amelia

Kastor czekał na przystanku już piętnaście minut i z każdą chwilą denerwował się coraz
bardziej. Zresztą, kto by nie był zły na jego miejscu? Ostatnie dwie porażki rozdrażniły go
wystarczająco. Jeżeli teraz nie wypali, to... sam nawet nie chciał myśleć. Oczywiście, że
wypali! Po prostu miał pechowy okres w życiu. Każdemu się zdarza, nawet najlepszym, a on
zdecydowanie zaliczał się do najlepszych.
Młody, przystojny, bogaty, kulturalny, obyty, z wyczuciem... Mógłby tak wyliczać w
nieskończoność. Znał granice, wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Może porażka
została wpisana w jego sukces? Może po prostu powinien uczyć się na błędach? Nie miał
pojęcia co robił nie tak. Miał wszystko to, co dziewczyny uwielbiały. Zawsze otaczały go
wianuszkiem — czy to w Polsce, czy w Niemczech. Nigdy nie mógł się od nich opędzić.
Może po prostu nieskończone źródło ofiar znalazło swoje ujście? Wiadomo, że im dłużej
polowali, tym ciężej im było znaleźć kolejne, młode dziewczęta. Nie, przecież Claude nie miał
takich problemów. Co prawda mieszkali w Trójmieście już ładnych parę miesięcy, ale w
Szczecinie jeszcze dłużej, a dziewczyn zawsze mieli pod dostatkiem.
A co jeśli... Starał się nie dopuszczać do siebie tej myśli, ale co jeśli to jego moce słabły?
Ostatnimi czasy miał wrażenie, że urok osobisty mu zmalał. Lśniące blond włosy stały się
jakby słabsze, zszarzałe. Zielone oczy straciły swój dawny blask. Nieziemsko blada skóra
poniekąd zmatowiała, wyraz twarzy się zmienił. Od miesiąca nie miał w ustach ani kropli
ludzkiej krwi, był jak narkoman na głodzie, a potrzeba ugaszenia tego pragnienia przerastała
najśmielsze wyobrażenia. Wiadomo, że to go osłabiło. Miał dopiero trzydzieści trzy lata.
Młody wiek, szczególnie jak na wampira, a jednak czuł, jakby dawne siły go opuszczały.
Brakuje ci krwi, Kastor. Wszystko przez tą cholerną krew. Wciąż trzymał się tych myśli.
Ostatni papieros. I gdzie ona do cholery jest? Zaciągnął się petem, po czym strącił popiół do
śmietnika. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak szybko wypalił paczkę. To już dwadzieścia minut
czekania, a po niej ani śladu. Na pewno go wystawiła.
Zbliżała się dwudziesta trzecia. Uroczy, brukowany dziedziniec, znajdujący się tuż za
przystankiem, spowiła mroczna aura. Wystarczyło postawić kilka ławek, wyłożyć podłoże
chodnikiem z białej cegły, zasadzić wokół parę kwiatów i symetrycznie ostrzyżonych, niskich
żywopłotów — w dzień ten widok prezentował się całkiem malowniczo. Stanowił pożywkę

dla przesiadujących tam starszych ludzi i bezdomnych. Teraz, zupełnie nagi, pod osłoną nocy
wydawał się nieco tajemniczy. W okolicy pętli Brzeźno nie widać było żywej duszy. W piątek,
sobotę znalazłoby się tutaj całkiem sporo osób — plaża mieszcząca się kilkadziesiąt metrów
stamtąd przyciągała wielu młodych, często pijanych ludzi. We wtorkowy wieczór zawitał tu
spokój.
Nadjechał kolejny tramwaj, jeden z ostatnich tego dnia. Kilka osób wysiadło, jednak
żadna z nich nie była Amelią. Dwóch mężczyzn w średnim wieku, jakiś nastolatek z białymi
słuchawkami na głowie, kobieta — na oko po trzydziestce — ubrana w ciemny płaszcz.
Tramwaj oddalił się, a Kastor wściekał się coraz bardziej. Chciał podjechać pod jej dom, ale
nie — uparła się, że przyjedzie tramwajem. Miała jeszcze „coś do załatwienia”. Ostatniego
SMS-a napisała godzinę temu i nie odezwała się od tamtego czasu. Nie odbierała komórki.
Cisza. Nic. Koniec. Daję jej jeszcze minutę i spadam stąd. Koniec z „randkami w ciemno”.
Pierdolę to.
Wyrzucił resztki peta i zaczął nerwowo okrążać przystanek. Wściekły po raz ostatni
rzucił spojrzenie na zegarek. Nie przyszła. Scheiße! Sapnął głośno i ruszył w stronę mercedesa.
Nagle do jego uszu dobiegł charakterystyczny stukot szpilek. Odwrócił się w tamtą stronę.
— Przepraszam... — Usłyszał, a gdy odwrócił się, ujrzał stojącą przed nim, zasapaną
dziewczynę. Rumieńce wykwitły na jej szczupłych policzkach. Ogromne, błękitne oczy,
obleczone wachlarzem sztucznych rzęs, zaszły łzami. Ramiona okalały lśniące, kasztanowe
loki. Mimo wszystko wyglądała nawet lepiej niż na zdjęciu.
— Kastor...? — jęknęła, nerwowo zaciskając dłonie na kopertówce.
Mężczyzna zacisnął zęby. Przyszła? Kiedy wysiadła, skoro jej nie zauważył? Czym
przyjechała?
— Przepraszam, że musiałeś na mnie tyle czekać. Miałam parę rzeczy do załatwienia.
Nie ważne czym — ważne, że w końcu dotarła. Bądź dla niej miły. Bądź dla niej miły.
Kastor uśmiechnął się szeroko. To całe milczenie i rozwścieklone spojrzenie musiały wprawić
ją w niemałe zakłopotanie.
— Takiej ślicznej dziewczynie mogę wybaczyć. — Odezwał się w końcu, po czym
chwycił jej dłoń i pocałował przegub. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały, jakby mówił
przez zaciśnięte zęby.

— Dzięki za wyrozumiałość — wysapała. — To naprawdę nie było specjalnie. Swoją
drogą... masz taki twardy akcent.
— Akcent? Pochodzę z Niemiec, ale mam polskie korzenie — wyjaśnił.
— Ooo... Nie wspominałeś o tym wcześniej. — Dziewczyna próbowała uśmiechnąć się
zalotnie, ale nie wyszło jej to. Proste zęby, które natychmiast wykwitły w uśmiechu, zostały
wcześniej spowite cienką warstwą czerwonej szminki. Wyglądała wręcz karykaturalnie, on
jednak pominął to milczeniem.
— Więc... Dokąd mnie zabierzesz?
— Zobaczysz.
Niedaleko pętli zaparkował samochodem — czarnym sedanem, najnowszym
Mercedesem-Benz klasy S. To właśnie tutaj, w aucie miała nastąpić pierwsza faza odurzenia.
Pilotem otworzył drzwi.
— Klasa — mruknęła wsiadając, po czym zapięła pas.
Tajemniczy uśmiech, który tak niesamowicie działał na kobiety ani na moment nie
opuścił jego twarzy.
Zaraz gdy ruszył, włączył klimatyzację. W powietrzu uniósł się przyjemny zapach
kardamonu. Dziewczyna nie miała jednak pojęcia, że z aplikatorów zapachowych
zamontowanych w samochodzie dodatkowo ulatniała się substancja odurzająca. Sam Kastor
był na nią podatny — oczywiście w mniejszym stopniu. Przed samą jazdą musiał zażyć
antidotum by całkiem nie ogłupieć.
Pierwsze parę minut spędzili w milczeniu. Co jakiś czas zerkał na nią. Im dłużej ją
obserwował, tym atrakcyjniejsza mu się wydawała. Gdy zdjęła kurtkę, która natychmiast
wylądowała na tylnym siedzeniu, mógł zobaczyć satynową bluzkę od prady, spódniczkę do
kolan i czarne rajstopy. Co jak co, ale marki rozpoznawał bez problemu. Sam miał na sobie
marynarkę od Louis Vuitton i buty od Gucci'ego. Pod tym względem pasowali do siebie jak
ulał. Ale nie jechali przecież na randkę. Myślał już tylko o jednym — o tym, aby ją odurzyć,
zanurzyć kły w wątłej szyi i wypić z niej krew.
— Może mi jednak powiesz dokąd jedziemy? — Amelia przerwała milczenie, bawiąc
się kosmykiem włosów.

— Niecierpliwa jesteś, co? — Droczył się z nią. — Już ci mówiłem, zobaczysz.
— Mhm — wymamrotała dobitnie. — Długo tu mieszkasz?
— Rok, może dwa. Urodziłem się i wychowałem w Neusterlitz. Do Polski przyjechałem
parę lat temu, mieszkałem trochę w Szczecinie... Aż w końcu trafiłem tutaj.
— Co cię tu przywiodło?
— Sam nie wiem... Praca, znajomi. Trzydziestka na karku, a ja ciągle się nie
ustatkowałem.
Gadał bzdury, a ze Szczecina musiał uciekać — po prostu nie był tam mile widziany.

***

Nowy Port bezprecedensowo odznaczał się na tle pozostałych dzielnic. Stare, znszczone
kamienice, zajmowały jego lwią część. Na odrapanych ścianach budynków gdzieniegdzie
prześwitywały czerwone cegły. Ciasne uliczki, uposażone w rzędy zatęchłych budynków
niepokoiły, szczególnie w nocnej porze. Mało kto zapuszczał się w tamte tereny
Mercedes, którego prowadził Kastor zdecydowanie wyróżniał się na tle ponurej
dzielnicy. Mężczyzna mógł sprawiać wrażenie zabłąkanego turysty, jednak wbrew pozorom
znał tamtejszą okolicę na pamięć, wręcz znał ją lepiej, niż którąkolwiek dzielnicę w całym
Trójmieście.
Amelia przestała się odzywać, siedziała w fotelu spokojna i senna, wpatrzona pustym
wzrokiem w szybę. Na tej podstawie Kastor mógł stwierdzić, że substancja zdała egzamin
celująco. Uniósł kącik ust w szyderczym uśmiechu. Ale to nie koniec, pozostawała jeszcze
kwestia doprowadzenia dziewczyny do knajpy i zaaplikowania kolejnej dawki odurzającego
eliksiru. Jednak ta część miała być tak prosta, jak odebranie dziecku cukierka.
Wjechał w jedną ze ślepych uliczek. Zaparkował przy starym budynku, od którego
odchodził tynk, a okna zostały zabite deskami.
— To tutaj — oznajmił.

Gdy wysiadali Kastor pomyślał, że naprawdę odstawali od tego miejsca. Na pierwszy
rzut oka mogliby stanowić łatwy cel dla dresiarzy, bardzo popularnych na tamtym terenie. Ale
zaraz... Kim było dla niego kilku ludzkich, bezmózgich osiłków? Gdy szli, zauważył, że
Amelia zadziwiająco dobrze trzymała się na nogach. Trochę go to zaniepokoiło, przecież
powinna się chwiać.
— Dokąd idziemy? — zapytała zmęczonym głosem.
— To niespodzianka — mruknął szarmanckim tonem. Pokiwała tylko głową.
Zaprowadził ją na podwórze, Amelia wbiła wzrok w garaż znajdujący się kilkanaście
metrów od nich — na ten widok po prostu wzruszyła ramionami.
— Okej... No to prowadź.
Nie sprawiała mu kłopotów, więc uznał, że wszystko szło po jego myśli. Zgodnie z jej
prośbą prowadził. Gdy już znaleźli się przy wejściu garażu, ktoś do nich wyszedł. Wysoki,
łysy, o cielsku nabrzmiałym od mięśni, wydmuchanych odżywkami i sterydami, bramkarz
zmierzył ich podejrzliwym wzrokiem.
— Personalausweis — rzucił w stronę dziewczyny. Ta spojrzała na Kastora pytająco. Z
niemieckiego rozumiała tyle, co nic.
— Ona cię nie rozumie, kretynie — warknął po niemiecku w stronę wykidajło. Ten
zaśmiał się złośliwie. Mówił równie dobrze po niemiecku, co po polsku, jednak za każdym
razem nie potrafił się powstrzymać. Może to stanowiło jego jedyną rozrywkę w tej monotonnej
pracy?
— Masz dowód, kochanie? — Strażnik ponownie zwrócił się do Amelii, na co ta
nerwowo przygryzła wargi i jakby od niechcenia zaczęła grzebać w kopertówce. Westchnęła
głośno i nieco ciszej dodała:
— Chyba musiałam zostawić go w domu...
Kastor przewrócił oczami, położył dłoń na jej ramieniu, po czym spojrzał na wykidajło i
zaczął rozmawiać z nim po niemiecku:
— Odpuść. — Brzmiało bardziej jak rozkaz, niż prośba. Bramkarz zaplótł ogromne
ramiona na piersiach.
— Znasz zasady. Mieliście tu nie sprowadzać małolat.

— Proszę cię... — prychnął. — Czy ona wygląda ci na małolatę?
Bramkarz zacmokał, wyraźnie usatysfakcjonowany swoją przewagą nad nim.
— Nie ma dowodu, nie ma wejścia. — kontynuował po niemiecku. — Jak chcesz się
zabawić z małolatą, to proponuję Warszawę. Tam ci pozwolą na wszystko, nie? —Jego potężna
pierś zatrzęsła się od nagłego rechotu. — Jedyne cztery godziny autostradą. Powodzenia!
Kastor był wściekły. Nienawidził jakiegokolwiek naigrywania się ze swojej osoby.
Spojrzał z wyrzutem na Amelię, która tylko wzruszyła ramionami. Po chwili ponownie zwrócił
się do strażnika:
— Ile?
— Stówa — odpowiedział natychmiast.
Kastor sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągnął z portfela zielony, stuzłotowy banknot i
podał go bramkarzowi. On pokręcił tylko głową, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
— Stówa, ale w euro, kochasiu.
Wampir czuł gotującą się w nim wściekłość. Że też musiała zapomnieć tego cholernego
dowodu! Powoli wypuścił powietrze przez nos, wyciągnął kolejne trzy stuzłotowe banknoty i
podał je strażnikowi. Po chwili mogli spokojnie wejść do środka.
— Przepraszam za problem — jęknęła. — Nigdy nie pytają mnie o dowód.
Nie odezwał się słowem, próbując odzyskać wewnętrzny spokój. W myślach policzył do
dziesięciu.
Nie. Nikt ani nic nie mogło mu zepsuć tego wieczoru.
Szli ciasnym, wilgotnym korytarzem, który ani trochę nie przypominał garażu. Zdawał
się ciągnąć w nieskończoność, a drogę w nim oświetlały stare żarówki przygwożdżone do
ścian. Doszli do windy, wyraźnie starej, ale Amelia nawet nie zaprotestowała. Wsiedli, Kastor
wcisnął jeden z przycisków i odjechali w dół. Jechali w milczeniu. Winda zatrzymała się, drzwi
otworzyły, a przed ich oczami wykwitnął dystyngowany korytarz obfity w krwiście
karmazynowe panele na ścianach. Podłoga była czarna, błyszcząca, nienaruszona, jakby
dopiero ktoś ją położył. Nie znajdowała się na niej najmniejsza rysa.
Szybko dotarli do hebanowych drzwi, zza których dobywały się przytłumione dźwięki
muzyki klasycznej. Kastor otworzył wejście, ich oczom ukazała się olbrzymia aula, a muzyka

stała się wyraźna — natychmiast rozpoznał jeden z utworów Haydna, bardzo często
puszczanego w tym lokalu. Pomieszczenie przypominało ekskluzywną restaurację, bądź też
salę bankietową, jednak mieściły się tam przeważnie stoliki dla par. Biel, która dominowała,
aż biła po oczach. Z wysokiego sufitu zwisały kryształowe żyrandole, a cała konstrukcja
została podtrzymywana strzelistymi kolumnami. Salę wypełniali głównie młodzi ludzie, a
między stolikami wędrowali mężczyźni i kobiety, w czarnych strojach, trzymający tace. Kastor
odebrał rezerwację i zaprowadził ich do jednego ze stolików.
— I jak ci się podoba? — zapytał, gdy już usiedli. Amelia nie sprawiała wrażenia
rozmarzonej, raczej zdumionej całym tym dobrobytem. Może przerastał ją przepych, którym
wręcz ociekało to miejsce?
— Nie podoba mi się — skwitowała krótko.
Kastor wbił w nią zdumione spojrzenie. Chciał odpowiedzieć, ale zjawił się wąsaty,
łysiejący mężczyzna w garniturze, kłaniając się nisko.
— To co zawsze? — zapytał po niemiecku, patrząc na Kastora, który skinieniem
potwierdził. — Zrozumiano.
Kelnerzy byli nauczeni, że w Pijalniach, nawet (a może zwłaszcza?) w Polsce
przesiadywali głównie Niemcy.
— Co ci się nie podoba? — zapytał Kastor, gdy kelner oddalił się.
— Wiesz... nie pasuję do tego miejsca. — Wbiła wzrok w jeden z żyrandoli znajdujący
się nad nimi. Światło pozostałych lamp odbijało się w jego kryształach. Dziewczyna
zastanawiała się, czy były prawdziwe.
— Pasujesz jak ulał — odparł szarmancko, chwytając jej rękę.
Nie minęła chwila, a kelner zjawił się z powrotem, niosąc na srebrnej tacy butelkę białego
wina i dwa kieliszki. Kastor rozlał im, podał jej lampkę, po czym oboje unieśli lekko naczynia
i napili się jednocześnie.
— Dobre! — zawołała, gdy tylko oderwała usta od szkła. Wypiła do dna.
Uśmiechnął się.
— Daj mi jeszcze! — zawołała i łapczywie sięgnęła po butelkę, nalała sobie do pełna i
pociągnęła wszystko haustem. Zarechotał cicho. To było to.

Czekał tylko z niecierpliwością na jeden moment — aż dziewczyna straci całkowicie
kontakt z rzeczywistością. Z ukrywanym podnieceniem obserwował, jak nalewa kolejną
porcję. Łyknęła ją duszkiem, a on wciąż się uśmiechnał.
— Zostaw mi trochę! — zawołał, wciąż się uśmiechając. Musiał zachować pozory,
oczywiście w dużej mierze to wino przeznaczone zostało dla niej.
Wiedział, że zaraz miało się zacząć. Czuł, jak wszystko się w nim gotowało. Mieli swoje
sposoby na ofiary. Potrzebował kilku chwil, by wino rozpoczęło swoje działanie. Substancja,
którą dodawali do alkoholu działała — tylko na ludzi — na zasadzie pigułki gwałtu.
Dziewczyna odstawiła kieliszek na stół i wytarła usta ręką. Obserwował ją uważnie, czekając
aż zacznie się chwiać. Wstanie, będzie próbowała złapać równowagę, uciec. Wtedy on zabierze
ją na stronę, udając, że chce jej pomóc. Ofiara zemdleje i będzie mógł ją zanieść do piwnicy.
Jego umysł szalał na samą myśl. Prawdziwa uczta, zarówno dla ciała, jak i dla zmysłów.
— Przynieś mi jeszcze.
Potrząsnął głową, gdy zdanie wyrwało go z rozmyślań.
— Wybacz... Mówiłaś coś?
— Dobre to wino.
Wściekły zawarł dłonie w pięści pod stołem. Niespodziewanie dziewczyna zmrużyła
brwi i zaczęła się drapać.
— Wiesz, co... Dziwnie się czuję. — Czknęła i natychmiast zakryła usta dłonią. — To
był zły pomysł, chyba mam na to jakieś uczulenie. — Drapała się mocniej. Po rękach, po
nogach, wszędzie.
Zacisnął zęby. Był rozjuszony. Czyżby oznaczało to, czego obawiał się najbardziej od
samego początku? Nie. Nie, nie, nie...! To się nie działo naprawdę, to tylko zły sen! W pewnej
chwili dziewczyna chwyciła się jedną dłonią za gardło, drugą za klatkę piersiową. Na jej twarzy
pojawił się grymas, jakby coś ugrzęzło jej w gardle. Mimika twarzy podpowiadała, że Amelia
próbowała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa.
— Wszystko w porządku? — zapytał Kastor z udawaną troską. Te dziwne gesty
sprawiły, że zapaliło mu się światełko nadziei.
Pokiwała głową.

— Przepraszam na chwilę... — wychrypiała, a jej głos brzmiał co najmniej o pół tonu
niżej. — Muszę... Zaraz wracam.
Powoli odeszła od stolika i ruszyła przed siebie. Wpatrywał się w nią, reflektując dopiero
po chwili, otrząsnął się i zaczął za nią iść. Widział, że była zagubiona i nie wiedziała
kompletnie, co ma ze sobą zrobić. Dopiero gdy wyszła z sali zauważyła, że za nią szedł. Zdjęła
szpilki i zaczęła uciekać, biegła zatrważająco szybko. Korytarz do złudzenia przypominał ten,
którym przyszli, nie był nim jednak. Kastor biegł za nią i o dziwo nie potrafił jej dogonić, wciąż
dzielił ich spory dystans. Serce waliło w nim szybciej i mocniej, myśli goniły jak szalone.
Przeklinał siebie i tę cholerną oszustkę. Przecież wszystko szło należycie! W którym momencie
popełnił błąd? Kiedy uśpiła jego czujność?
Dziewczyna zniknęła za zakrętem, a on pobiegł w tamtą stronę. Po lewej znajdowały się
toalety. Wszedł do damskiej. Pusto. Zajrzał do dwóch kabin, ale również były puste. Złapał za
klamkę trzeciej. Tu cię mam, suko. Jak oszalały zaczął walić w drzwi i szarpać klamkę.
— Otwieraj! — zawołał. — Wiem, że tam jesteś! Otwieraj, słyszysz?!
Chwilę później drzwi otworzyły się. Zamiast odpowiedzi otrzymał siarczystego policzka.
Nie od Amelii.
— Zboczeniec! — zawołała nieznajoma brunetka i wyszła.
Zatkało go. Zdezorientowany wyszedł na korytarz i oparł się o ścianę, kompletnie
załamany. Kolejna porażka, trzeci raz z rzędu... W pewnej chwili przypomniał sobie jedną
ważną rzecz. Z tego, co wiadomo, do wina dodawano nie tylko odurzającą substancję, ale
również taką, która zmywała wszystkie zaklęcia. Innymi słowy — miała demaskować
oszustów.


Related documents


PDF Document rozdzia 3 amelia
PDF Document rozdzia 7 wszystko zostaje w rodzinie
PDF Document rozdzia 1 alfa ustala regu y
PDF Document ucja i artur ca e
PDF Document rozdzia 4 uczta
PDF Document obecne nie czeka o na fakt1795


Related keywords