PDF Archive

Easily share your PDF documents with your contacts, on the Web and Social Networks.

Share a file Manage my documents Convert Recover PDF Search Help Contact



Rozdział 6. Starbucks .pdf



Original filename: Rozdział 6. Starbucks.pdf
Author: alex syriusz

This PDF 1.5 document has been generated by Microsoft Word / , and has been sent on pdf-archive.com on 13/02/2017 at 02:18, from IP address 37.47.x.x. The current document download page has been viewed 159 times.
File size: 381 KB (11 pages).
Privacy: public file




Download original PDF file









Document preview


Rozdział 6. Starbucks

Jeszcze zanim Maks zdążył otworzyć oczy, wyciągnął przed siebie rękę, macając
znajdującą się pod nią pościel. Ku jego zdziwieniu dłoń napotkała puste prześcieradło, które
ostygło od ciepła ciała Elizy. Przetarł twarz ręką, leniwie rozwierając powieki. Dopiero teraz
zorientował się, że dziewczyny nie było nawet w pokoju. Materac ugiął się pod jego ciężarem,
gdy na nim usiadł. Odgarnął kołdrę, by odnaleźć kraciaste bokserki.
Pokój był duży, ale zastawiony drewnianymi, lakierowanymi meblami. Ściany miał
oblepione brzydką, żółtą tapetą miejscami odrapaną i ubrudzoną. Zarówno sypialnia, jak i całe
lokum, przywodziło Maksowi na myśl PRL-owskie domostwo dziadków, które odwiedzał w
dzieciństwie. Charakterystyczne dla tego okresu regały i witryny zajmowały lwią część
powierzchni całego lokalu. Chłopak nie narzekał jednak na warunki tam panujące, zwłaszcza,
że sam zdecydował się wynajmować tę kwaterę razem z Michałem. Miał do wyboru to albo
akademik. Wiedząc, że nieruchomość została zapewniona przyjacielowi już dawno temu
(właściciel był dobrym znajomym ojca Michała), a on szukał współlokatora, długo nie musiał
się zastanawiać. Trudno o mieszkanie w dobrej lokalizacji, za niewielkie pieniądze i z
samodzielną sypialnią. W dodatku tutaj nie musiał dzielić kuchni i łazienki z obcymi
studentami.
Odnalazł majtki, jeansy, a w ich kieszeni paczkę ulubionych Lucky Strike'ów. Założył
bieliznę i spodnie, a na ramiona zarzucił bluzę wiszącą na krześle, po czym podszedł do okna.
Na parapecie znajdowała się czerwona zapalniczka.
Zdążył tylko otworzyć okno i zapalić peta, gdy do jego uszu dobiegło skrzypienie
charakterystyczne dla otwieranych drzwi. Spojrzał w tamtym kierunku przez ramię. Do pokoju
weszła Eliza, ubrana jedynie w biały podkoszulek, figi i szlafrok za duży na nią ze dwa
rozmiary, ponieważ należał do Maksa.
— Prosiłam cię... — jęknęła na widok papierosa. — Mógłbyś rzucić palenie.
Opornie zgasił peta, następnie zamykając okno. Zrobił to jednak tylko i wyłącznie przez
wzgląd na to, że jej ciemne włosy, na pierwszy rzut oka bardziej lśniące i skręcone niż
zazwyczaj, zupełnie ociekały wodą, która, wsiąkając w szlafrok, pozostawiała na nim ciemne,
mokre plamy.

— Zrobiłam ci kawę. — Uśmiechnęła się przepraszająco, podchodząc do niego bliżej i
ostrożnie postawiła granatowy kubek na parapecie. Gdy Maks chwycił ucho naczynia ręką,
poczuł emanujące od kubka silnie skondensowane, przyjemne ciepło.
— Twoja mama nie będzie zła? — mówiąc to, napił się kawy. Wilczyca oparła swoją
głowę na jego obojczyku.
— Mówiłam ci przecież. Myśli, że nocowałam u Anastazji. Widzisz? Tak mnie właśnie
słuchasz! — Ostatnie słowa wypowiedziała lekko wzburzona, więc objął ją i pocałował w
czoło.
— Pyszna kawa, kochanie — mruknął, biorąc kolejny łyk.
Wtuliła się w niego mocniej.
— Nie wiesz, o której może wrócić Michał? — Zaczęła nowy temat, obserwując z okna
widok na osiedle, parking i równo przystrzyżony trawnik.
Chłopak wzruszył ramionami.
— Nie mam bladego pojęcia.
— Nie martwisz się?
— Jest dorosły, poradzi sobie. — Eliza spojrzała na niego z wyrzutem. — No co?
— Coś mu się mogło stać!
Jego klatka piersiowa zatrzęsła się pod wpływem gwałtownego śmiechu. Automatycznie
Eliza odchyliła nieco głowę.
— No błagam cię! — zawołał beztrosko. — Prędzej on kogoś skrzywdzi niż na odwrót!
— Zadzwoń do niego. — Jej głos brzmiał śmiertelnie poważnie. Maks sapnął z
wysiłkiem. — Proszę.
— No dobra — odparł, niechętnie odsuwając się od niej.
Eliza po prostu już taka była — martwiła się o każdego.
W drugiej kieszeni spodni znajdował się telefon. Maks natychmiast wybrał numer do
Michała.

W słuchawce długo dało się słyszeć następujące po sobie głuche sygnały. Maks, niemal
pewien, że kolega nie odbierze, układał sobie w głowie scenariusze na to, co powiedzieć Elizie,
byle tylko się nie martwiła. Odetchnął w duchu, gdy w końcu usłyszał zaspany głos przyjaciela.
— Halo? — wymamrotał Michał.
— Michał? — zapytał Maks, jakby nie dowierzając, że po drugiej stronie linii znajdował
się jego znajomy. — Wszystko okej?
— Co...? A... Tak, tak! — Chłopak szybko się zreflektował. — Coś się stało?
— No nie wiem, nie było cię całą noc, Eliza się martwi. — Dziewczyna posłała Maksowi
mordercze spojrzenie. — No dobra, ja też. Ale wszystko w porządku, prawda? Kiedy będziesz?
— Rany, przepraszam, że się nie odzywałem! Tak, wszystko w porządku. Powinienem
być niedługo. Eliza jest u nas?
— Tak, jest. Za ile byś był?
— Dwadzieścia minut, może szybciej?
— Spoko. Czekamy.
Pożegnali się i rozłączyli. Maks posłał dziewczynie triumfujące spojrzenie. A nie
mówiłem?
Eliza odetchnęła z ulgą, jednak chłopak widział wyraźnie, że pozostawała niespokojna.
Podszedł więc do niej, następnie obejmując ją od tyłu.
— Co ty się tak o niego martwisz? — Zaczął się drażnić, chcąc jej poprawić tym humor.
— Jakbym ja nie wracał, to też byś tak schizowała?
— Zastanówmy się chwilę. Schizowała to... hmm... mało powiedziane. — Uścisnął ją
mocniej wywołując tym uśmiech na jej twarzy.
— Nie rozumiem, czemu ci tak zależy, żeby już wrócił. Ja tam wolę, jak jesteśmy sami.
W końcu... Muszę się tobą nacieszyć, póki mam okazję.
Zanim znikniesz za murami wydziału farmaceutycznego i prawie całkiem przestaniemy
się widywać — pomyślała, wiedząc, że dokładnie to miał na myśli, mówiąc „póki mam okazję”.
— Umieram z głodu, a ty? — Wyswobodziła się z jego objęć, po czym ruszyła w stronę
kuchni. — Co powiesz na... jajecznicę?

***

Michał zjawił się w mieszkaniu kilkanaście minut po swojej rozmowie z Maksem. Już u
progu drzwi przywitał go zapach smażonych jajek i cebuli.
— Co dobrego robicie?! — zawołał na przywitanie. — Jajecznicę?!
— Jeszcze ciepła! — odpowiedziała Eliza wołaniem. — Chodź do nas, bo zaraz ci
wystygnie!
Najpierw zdjął buty, potem powiesił na wieszaku reklamówkę, a na niej kurtkę. Gdy
wszedł do kuchni, Maks już kończył swoją porcję, a Eliza była w trakcie. Na kuchence leżała
patelnia z jedzeniem dla Michała, a w czajniku gotowała się woda.
— I jak było? — zapytała Eliza, patrząc, jak Michał nakładał sobie jajecznicę na talerz,
po czym usiadł naprzeciwko niej.
— A jak miało być? — odpowiedział jej pytaniem na pytanie.
Z samego rana, gdy opuścił już mieszkanie Kastora, ponownie spotkał się z Dolores, u
której zresztą wcześniej przeszedł całą metamorfozę. Kiedy odwiedził ją ponownie,
przyjaciółka pomogła mu dojść ze sobą do ładu. Wróciwszy do własnego mieszkania, wyglądał
dokładnie tak samo jak w chwili, kiedy opuścił dom.
— Nie mam pojęcia, jak miało być, dlatego pytam. — Eliza wzruszyła ramionami,
uśmiechnęła się tajemniczo, po czym wzięła kolejny kęs.
Nagłe pstryknięcie czajnika oznajmiło, że woda się zagotowała. Maks, wstając od stołu,
zgarnął swój pusty talerz.
— Kawy? Herbaty? — zapytał Michała, wkładając po drodze talerz do zlewu.
— Herbaty — odparł, po czym ponownie zwrócił się do Elizy. — No pomyśl, co
mogliśmy robić.
— To wiem. — Uśmiech na twarzy Elizy poszerzył się. — Chciałam wiedzieć, czy... —
W tym momencie Maks przerwał jej głośnym chrząknięciem. — No dobrze, opowiesz mi kiedy
indziej.

Michał w duchu dziękował przyjacielowi, bo tylko za sprawą jego obecności nie musiał
wymyślać scenariusza na to, jak mogła wyglądać noc z potencjalnym kochankiem, a tylko tak
mógł wybrnąć z tej sytuacji. Nie miał zamiaru zwierzać im się z tego, co naprawdę się
wydarzyło — ani z tego, że Kastor okazał się wampirem, ani z tego, że trafił do ich kryjówki,
ani z tego, że znalazł się tam w takim, a nie innym wydaniu.
— Czułem, że to się tak skończy. — Maks postawił na stole kubki z herbatą, po czym
zajął swoje miejsce. Tymczasem Eliza skończyła swoją porcję jajecznicy, następnie usiadła
chłopakowi na kolanach, obejmując go za szyję.
W pewnej chwili Michał poczuł wibracje telefonu w kieszeni spodni. Gdy wyciągnął go
i zobaczył imię Kastora na ekranie, serce natychmiast przyspieszyło swój rytm. On jednak
musiał udawać, że nic się nie działo.
— Tak?
— Witaj. — Miękki głos Kastora był dla niego torturą. — Chciałem sprawdzić, czy
dotarłeś bezpiecznie do domu.
Michał był zaskoczony. A co cię to właściwie obchodzi?
— Wszystko w porządku, czemu pytasz?
— Byłem ciekaw. Miło mi to słyszeć. Chciałbym się z tobą umówić.
— Po co? — jęknął.
— Masz moje rzeczy, chyba nie planujesz ich sobie zatrzymać?
Michał przełknął cicho ślinę. Miał wrażenie, jakby cały trząsł się w środku. Aksamitny
głos przepełniony uprzejmością nie wróżył nic dobrego. Przyprawiał go o dreszcze i o
najgorsze przypuszczenia.
— Kiedy masz czas? — Michał starał się wyraźnie zamaskować zdenerwowanie w
głosie. Eliza zaczęła mu się przyglądać i uśmiechać znacząco, co tylko podsyciło jego napięcie.
— Nawet dzisiaj, po południu. Może koło piętnastej? W Manhattanie, w Starbucksie. Co
ty na to? Pasuje ci?
— Jasne... — wymamrotał niepewnie. — Do zobaczenia.
— Do zobaczenia, Michael. Mogę tak do ciebie mówić, prawda?

Nie odpowiedział, bo w nerwach rozłączył się. Natychmiast schował telefon do kieszeni.
— Zostawiłem u niego portfel — wyjaśnił natychmiast.
— W porządku? — spytała nagle Eliza. Musiała się domyślić, że coś było nie tak.
Oczywiście... Michał od zawsze był kiepskim aktorem. Maks może by się nie zorientował, ale
ona?
— Pewnie, a co? — Zgarnął widelcem resztki jajecznicy ze swojego talerza.
— Nie wiem... Wydajesz mi się podenerwowany.
— No właśnie — skwitował. — Wydaje ci się...

***

Na sygnalizacji świetlnej przy przejściu dla pieszych mały ludzik zapalił się na zielono.
Tłum przechodniów ruszył przed siebie, a wśród nich — Michał. Przy każdym kroku torba
obijała się o jego biodro. Chłopak natychmiast udał się do budynku, który z każdej strony bił
po oczach, zapisanym kanciastym krojem pisma, tytułem „Manhattan”. Michał od zawsze
zastanawiał się, kto wpadł na pomysł, by tak nazwać to miniaturowe centrum handlowe
niemające z prawdziwym Manhattanem zbyt wiele, może nawet nic wspólnego.
Przeszedł obok ulotkarzy. Wchodząc po stopniach, udał się na parter galerii, po drodze
mijając rozłożyste parasole w kolorze butelkowej zieleni, z białym logotypem Starbucks.
Wejście do kawiarni mieściło się zaraz po prawej stronie od drzwi frontowych. Gdy tylko
znalazł się w środku, uderzył go intensywny zapach słodyczy i świeżo parzonej kawy oraz
dźwięki stonowanej, syntetycznej muzyki. Miejsca było mało, a przez przeszklone ściany
wpadało światło, rozjaśniające ciemny wystrój. Tylko połowa czarnych lampek zalewających
biały sufit została zapalona.
Kastor siedział w obitym bordową skórą krześle ustawionym przy małym, hebanowym
stoliku o metalowej nodze przytwierdzonej do podłoża. Michał natychmiast zajął miejsce w
fotelu naprzeciwko. Niemiec przez jakiś czas nie odzywał się i wpatrywał się w chłopaka,
uśmiechając tajemniczo. Podniósł biały, ceramiczny kubek wypełniony po brzegi kawą, na
powierzchni której unosiła się kremowa pianka i odezwał się w końcu.

— Dzień dobry, Michael.
Michał skinął tylko głową, wyciągnął ze swojej torby reklamówkę i podał ją mężczyźnie.
— Proszę. I dziękuję — rzucił jakby od niechcenia, patrząc, jak Kastor kładzie ją obok
fotela. — Nie będę ci dłużej zajmować czasu.
— Chyba żartujesz! — Wyraźnie rozczarowany odłożył kubek z powrotem na drewniany
blat. — Dopiero przyszedłeś. Może zamówię ci coś? Mam zniżki — dodał, widząc, jak Michał
otwiera usta, by się odezwać.
— Naprawdę, nie trzeba. — Michał wstał od stolika, ale Kastor przywołał go gestem
ręki, ponownie wskazując krzesło.
— Jeszcze nie skończyliśmy.
Michał czuł, że jego serce przyspieszyło swój rytm. Chcąc nie chcąc, zajął miejsce na
siedzeniu.
— Co jeszcze chcesz mi powiedzieć? — jęknął.
— Nie mam pojęcia, dlaczego jesteś taki zdenerwowany. Najpierw zamówię ci kawę,
dobrze? Jaką lubisz najbardziej?
— Nie lubię kawy — skłamał.
— To może czekoladę. Ciemną? Białą?
Michał wciąż siedział sztywno na swoim miejscu. Jego kończyny zaatakowało nagłe
mrowienie, doznał wrażenia, że trzęsą mu się ręce. Ciągle miał w głowię obraz lufy pistoletu
wampira. Co prawda nie został nabity, ale Michał przekonał się w ten sposób o nieobliczalności
Niemca.
— Nie słyszę sprzeciwu. — Uśmiech ani na moment nie opuścił twarzy Kastora.
Mężczyzna wstał, udając się do lady.
Michał zaczął rozglądać się po kawiarni, szukając punktu zaczepienia, na którym mógł
zawiesić swoją uwagę choćby na moment. Ani metalowe wykończenia ścian, ani gliniane
kolumny przechodzące w ciemne drewno — bądź też jego plastikową imitację — nie były
wystarczająco ciekawe, nie na tyle, by zająć jego myśli. Odwrócił się przez ramię i wbił wzrok
w przystanek doskonale dostrzegalny przez szyby. Pamiętał, jak w dzieciństwie wsiadał w
jeden z odjeżdżających stamtąd autobusów każdego poranka, kiedy jeszcze z rodzicami

mieszkali na Jaśkowej. Marzył teraz, by wrócić do tamtych lat. Odjechać i nie przejmować się
niczym. A potem dorosnąć i nie dopuścić do momentu, w którym postanowił napisać tę
cholerną wiadomość, nawiązując tym samym znajomość z Kastorem. Teoretycznie mógł wyjść
z kawiarni, ale opanowało go przerażenie. Co jeśli pogorszy tym swoją sytuację? Bał się tego,
co zamierzał wampir — był przecież nieprzewidywalny.
— Zaraz zawołają. — Kastor powrócił na miejsce i wziął kolejny łyk kawy.
— O co ci, do cholery, chodzi? — Michał wycedził w końcu przez zaciśnięte gardło. —
Po co to wszystko?
Kastor skwitował jego zachowanie krótkim śmiechem.
— Michael, Michael... Czego ty się tak boisz? Hm? — Michał przełknął cicho ślinę. —
Nie rozumiem.
— Możesz przestać?! — warknął rozzłoszczony. — Skończ z tym... Misia-elem, dobra?
Na imię mam Michał, a nie jakiś... Mysiael. Daruj sobie.
— W porządku, w porządku... Spokojnie. — Kastor uśmiechnął się łagodnie. — A więc...
Michał. O co ci chodzi? O broń? — Uniósł ręce w geście poddańczym. — Nie mam jej dziś ze
sobą.
Michał obrzucił go wrogim spojrzeniem.
— Poza tym, przecież wiesz, iż pistolet nie był nabity — kontynuował.
— Tak? To nie zmienia faktu, że o mało nie dostałem zawału!
Kastor przewrócił oczami.
— Daruj, ale musiałem cię trochę postraszyć. To chyba logiczne? Zjawiasz się w naszej
Blutpinte*, jak gdyby nigdy nic. Uznaliśmy cię za intruza, a intruz oznacza zagrożenie.
— Sam mnie tam wprowadziłeś. — Chciał kontynuować, ale mu przerwano. Jedna osoba
zza lady wywołała nazwę napoju zamówionego przez Kastora. Michał udał się po stojący na
blacie biały kubek, z odznaczającą się na nim sporą warstwą bitej śmietany posypanej ciemną
czekoladą, oraz leżącą obok niego łyżeczkę.
— Gwoli ścisłości. Podszyłeś się pod moją ofiarę — oznajmił Kastor, gdy Michał wrócił
na swoje miejsce.

— No tak, ale nie zrobiłem tego specjalnie. Sam chciałem na ciebie zapolować.
— Nadal nie mogę w to uwierzyć... — Kastor pokręcił głową z rozbawieniem. Michał
posłał mu pytające spojrzenie. Chwycił sztuciec i nabrał na niego trochę puszystego kremu.
— W co niby?
— Że dałeś się zamienić w dziewczynę... No naprawdę. Ja bym w życiu czegoś takiego
nie zrobił.
— Wiesz... To nie do końca było tak. W dużej mierze efekt zawdzięczałem
charakteryzacji, serio.
Tym razem Kastor się nie zaśmiał. Zaczął słuchać zaciekawiony.
— Zacznijmy od tego, że pomysł dała mi moja koleżanka. Zaproponowała mi, że może
przemienić mnie w laskę... Tak całkiem. Ze wszystkimi kobiecymi... elementami. — Przerwał,
a przez jego twarz przebiegł grymas zniesmaczenia. Jednak im dłużej mówił, tym bardziej się
rozluźniał. — Ale ja powiedziałem, że taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę. No więc
podsunęła mi inne rozwiązanie.
Niemiec uniósł brew, po czym napił się kawy. Sprawiał wrażenie zainteresowanego i
zaskoczonego.
— Środek, który łyknąłem, głównie podwyższył mój głos, zmienił sylwetkę. Zaokrąglił
nieco rysy twarzy, ale bardzo nieznacznie. To wszystko, naprawdę. Reszta była kwestią doboru
ubrań i makijażu.
Kastor przez chwilę wpatrywał się przed siebie w osłupieniu.
— Łał... Muszę ci powiedzieć, że zostałeś naprawdę... DOBRZE zrobiony. Jeśli... Jeśli
w ogóle mogę użyć takiego sformułowania.
Michał uśmiechnął się niezręcznie, nabierając kolejną porcję śmietany.
— Nie wiem, czy powinienem ci podziękować. Właściwie nie jestem pewien, czy mogę
to przyjąć za komplement.
Kącik ust Kastora uniósł się w niepełnym uśmiechu. Spojrzał na Michała z ukosa. Po
chwili zawahania, rozejrzał się, chcąc upewnić, czy nikt ich nie podsłuchiwał, po czym zaczął
mówić przyciszonym głosem:


Related documents


rozdzia 5 kryj wka
rozdzia 4 uczta
rozdzia 1 alfa ustala regu y
no to wida mo na pope ni 1663
fantastyczny turek
wi ksze imperium stworzyli tylko brytyjczycy


Related keywords