A. i B. Strugacki Piknik na uzbiczczi.pdf


Preview of PDF document a-i-b-strugacki-piknik-na-uzbiczczi.pdf

Page 1...4 5 678103

Text preview


A win jakraz stoji , trymaje w rukach ostannioho «poro niaka», i z takym wyhladom,
nacze tak by w nioho i wliz.
— S uchaj, — ka u, — Kyry e! A jakby ty maw pownoho «poro niaka», ha?
— Pownoho «poro niaka»? — perepytuje win i browy chmury , niby ja z nym potarabar ky zahoworyw.
— Aw , — ka u. — Cia twoja hidromagnitna pastka, jak jiji… objekt simdesiat simbe. Tilky z ajnom jakymo useredyni, z syne kym.
Baczu, pocza o do nioho dochodyty. Zwiw win na mene oczi, prymru ywsia, i zjawywsia w nioho tam, za sobaczoju slozoju, jakyj prob ysk rozumu, jak win sam luby wyowluwatysia.
— Strywaj, — ka e win. — Powna? Taka ot sama sztuka, tilky powna?
— Ehe .
— De?
Use, wylikuwawsia mij Kyry o. Wucha storczma, chwist pisto etom.
— Chodimo, — ka u, — pokurymo.
Win wawo zapchaw «poro niak» u sejf, hriuknuw dwerciatamy, zamknuw na try z
po owynoju oberty, i pisz y my z nym nazad u aboratoriju. Za poro nioho «poro niaka»
Ernest daje czotyrysta monet hotiwkoju, a za pownoho ja b iz nioho, suczoho syna, wsiu
joho pohanu krow wypyw, a e choczete wirte, choczete — ni, a ja pro ce nawi ne podumaw, bo Kyry o u mene prosto o yw, znowu staw jak struna, a bryny we , i po schodach
skacze czerez czotyry schodynky, zakuryty ludyni ne daje. Zaha om, use ja jomu rozpowiw: i jakyj win, i de
, i jak do nioho najkraszcze pidibratysia. Win widrazu wytiah
kartu, widszukaw cej gara , palcem joho prytysnuw, podywywsia na mene i, zrozumi a ricz,
widrazu wse pro mene wtiamyw, ta j czoho tut bu o ne wtiamyty…
— Nu ty dajesz! — ka e win, a sam usmichaje sia. — Nu szczo , treba jty. Dawaj
prosto zawtra wranci. O dewjatij ja zamowlu perepustky i «ka oszu», a o desiatij b ahos owywszy wyjdemo. Dawaj?
— Dawaj, — ka u. — A chto tretij?
— A nawiszczo nam tretij?
— E, ni, — ka u. — Ce tobi ne piknik z diwczatamy. A jakszczo szczo-nebu iz toboju
trapy sia? Zona, — ka u. — Poriadok maje buty.
Win
usmichnuwsia, znyzaw p eczyma:
— Jak choczesz! Tobi wydnisze.
Szcze b pak ne wydnisze! Zwyczajno, ce win udaw iz sebe we ykodusznoho, dla mene
starawsia: tretij zajwyj, zbihajemo wdwoch, i wse bude szyto-kryto, nichto pro tebe ne zdohadaje sia. A e ja znaju, instytut ki wdwoch u Zonu ne chodia . U nych takyj poriadok:
dwoje sprawu robla , a tretij dywy sia i, ko y joho potim zapytaju , — rozpowis .
— Osobysto ja wziaw by Ostina, — ka e Kyry o. — Ta ty joho, napewno, ne zachoczesz. Czy mo e buty?
— Ni, — ka u. — Tilky ne Ostina. Ostina ty inszym razom wi mesz.
Ostin — ch ope nepohanyj, smi ywis i bojahuztwo u nioho w potribnij proporciji,
e win, po-mojemu, w e widmiczenyj. Kyry owi cioho ne pojasnysz, a e ja baczu: ujawyw
czo owik sobi, naczebto Zonu znaje i rozumije do kincia, — ot e, skoro hrobane sia. I proszu du e. Tilky bez mene.
— Nu dobre, — ka e Kyry o. — A Tender?
Tender — ce joho druhyj aborant. Niczoho czo owiczok, spokijnyj.
— Zastaryj, — ka u ja. — I dity w nioho…
— Niczoho. Win u Zoni w e buwaw.