PDF Archive

Easily share your PDF documents with your contacts, on the Web and Social Networks.

Share a file Manage my documents Convert Recover PDF Search Help Contact



Historia Rene Caisse Moja wędrówka .pdf


Original filename: Historia Rene Caisse - Moja wędrówka.pdf

This PDF 1.7 document has been generated by / Foxit Reader PDF Printer Version 7.0.1.831, and has been sent on pdf-archive.com on 06/02/2015 at 00:07, from IP address 83.5.x.x. The current document download page has been viewed 1460 times.
File size: 263 KB (20 pages).
Privacy: public file




Download original PDF file









Document preview


Historia Rene Caisse
opowiedziana przez nią samą.

"Miłość i szacunek dla bliźniego znaczyły więcej
niż bogactwo".
W tym tygodniu zaczynamy serię artykułów, w których Rene Caisse z Bracebridge opowie
własną historię zmagań o uznanie Essiac jako leku przeciwnowotworowego. Będą w nich
przedstawione poglądy autorki na temat tego środka oraz sprzeciwy ze strony różnych grup
społecznych, którym musiała stawić czoła. Treść artykułów zawiera słowa autorki z Jej
spisanych wspomnień, jak również - z wywiadów, które prowadził z Nią w 1977 r.- wydawca Ted
Britton.
Rene Caisse prosiła Teda o publikację owych wywiadów dopiero po jej śmierci. Większość
powyższych wywiadów odnosi się do lat 30-tych, które należy uznać za najważniejsze w jej
długoletnim
życiu.
Ostatnie wydarzenia były nieco więcej, niż tylko powtórzeniem wydarzeń z lat czterdziestu.
Różnica polega na rozmiarach sławy, jaką historia Rene osiągnęła w ciągu ostatnich 18 miesięcy
i - oczywiście na fakcie, że skład Essiac został przekazany korporacji Resperin.
Z drugiej strony, wydarzenia z lat 30-tych są zadziwiająco podobne do wydarzeń z lat 70-tych.
Rene zawsze miała poczucie, że niektóre grupy były nastawione przeciwnie do jej pracy i
poczucie to nieustannie powtarza się w jej artykułach. Czy takie negatywne nastawienie do
Essiac (i innych podobnych środków) miało miejsce, pozostaje do udowodnienia, ale Rene cały
czas żyła z poczuciem, że "karty są rozdane przeciwko Niej". Uważała, że życie każdego, kto
sugerował, że mogą być znalezione proste i bezpieczne środki na raka było pełne trudności.
Rzeczywiście, czytając Jej wspomnienia o tym, co przeszła, starając się, by Essiac został
uznany, wydaje się co najmniej niezrozumiałe, że Rene miała przeświadczenie o potężnych i
wpływowych siłach, działających przeciwko Niej. W kolejnych tygodniach Ted Britton -wydawcadrukował odcinki historii Rene, opowiadane przez Nią, nie wprowadzając do nich żadnych zmian
czy komentarzy własnych. Chociaż René nie ma już między nami, seria artykułów przyczyniła
się do zachowania pamięci o Niej i jest pisemnym sformułowaniem Jej własnych odczuć o
Essiac. W ten sposób - co najmniej ludzie z Jej rodzinnego miasta będą wiedzieć, co myślała o
sprawie, która dominowała w Jej dorosłym życiu.

CZĘŚĆ I
Postaram się tutaj nakreślić nieco moje "korzenie", żeby można było lepiej poznać,
jaką
byłam
naprawdę.
Przodkowie moi przybyli do tego kraju z Francji około 1700 r. i osiedlili się w Quebecu, w
mieście St. Agathe. Przodkowie ojca pochodzili z przedmieść Paryża. Ich herbem był smok, z
czego byli bardzo dumni. Przodkowie matki byli rolnikami. Osiedlili się na farmie w Quebecu, w
pobliżu La Preirie. Później przenieśli się do Peterborough, Ontario, gdzie ojciec poznał moją
matkę. Zakochali się w sobie i wzięli ślub w Peterborough, a potem przeprowadzili się do
Bracebridge. Zanim do okręgu naszego doprowadzono kolej, trzeba było do końcowej stacji
poruszać się łodzią. Oboje rodzice ciężko pracowali i dochowali się licznego potomstwa - ośmiu
córek i trzech synów. Byliśmy wychowani w miłości i bojaźni Bożej. Nauczono nas kochać się
wzajemnie, co robiliśmy i nadal robimy. Mama mówiła żartobliwie, że zamieniła by swoje osiem
córek na jednego syna, lecz wiedzieliśmy, jak bardzo nas kocha i była z nas dumna. Ojciec
zbudował dwa sklepy - jeden dla siebie i mojego starszego brata i drugi - dla dwóch moich
starszych sióstr, które zostały modystkami. Ojciec zmarł w wieku 60 lat, matka - przeżyła do

swoich 90-tych urodzin. Była kochana przez nas wszystkich i zawsze znajdowała czas by komuś
z nas pomóc. Za działalność kościelną ofiarowano jej i nazwano jej imieniem jeden z witraży w
kościele Św. Józefa w Bracebridge. Podczas II Wojny Światowej matka działała w Czerwonym
Krzyżu, za co została jego honorowym członkiem. Przez lata była przewodniczącą Instytutu
Kobiet i jej kochane ręce nigdy nie były bezczynne. Na jej 90-te urodziny miejscowa gazeta
wydrukowała następujący tekst: "Oto niezwykły rekord Pani Friselde Caisse -90-te urodziny,
jedenaścioro dzieci, szesnastu wnuków, piętnastu prawnuków i jeden praprawnuk. To także
rekord miłości, chociaż życie zmniejszyło swoje tempo - zawsze była z rodziną. Chcielibyśmy
zadedykować
Jubilatce
taki
oto
wiersz,
napisany
specjalnie
na

okazję:
"

Jak

I
Widzieć
Widzieć

miło

mieć

spoglądać
radość,
swe

dziewięćdziesiąt

wstecz.
widzieć
dzieło

Bez

świat
i

lat

pośpiechu,

Niech

trochę

Patrzeć

Twe

łez.

dni
Z

w

przyszłość

bez
będą

całego

strachu.

najszczęśliwszymi
"szczęścia"

lat."

Do takich ludzi należę. Mój dom był radosny i chrześcijański, miłość i szacunek dla drugiego
człowieka znaczyły w nim więcej, niż bogactwo. Dlatego za leczenie ziołami Essiac nie brałam
pieniędzy i nie byłam w stanie walczyć w sądzie o swoje prawa. Gdy więc Szkoła Lekarzy i
Chirurgów przysyłała swoich urzędników, którzy wielokrotnie grozili mi aresztowaniem i
więzieniem, rezygnowałam z nierównej walki i przerywałam swą działalność. Teraz podobnie jak
babcia Moses maluję obrazy- wiele obrazów olejnych, próbując zapomnieć to o czym wiem, że
nigdy nie zapomnę. Wiem, że znam środek na raka, którego tak potrzebuje świat, a ja nie
mogę mu go dać. Komukolwiek udostępniłabym swą wiedzę, przejdzie on przez to samo piekło
co ja, nawet, gdybym dała to jakiemuś wielkiemu naukowcowi, byłby tak samo bezsilny i
zostałby zdyskredytowany.

CZĘŚĆ II
"Towarzystwo Kontroli Raka zawsze ją zwalczało"
Wiele razy pytano mnie, dlaczego nie opisuję historii swej walki, walki ponad trzydziestoletniej
przeciw istniejącym w świecie medycznym siłom. Po pierwsze -nie jestem pisarką, po drugie według mnie" Towarzystwo Kontroli Raka" jest najbogatszą i najpotężniejszą organizacją w
świecie. Jest to siła większa, niż rządy państw, która stoi wyżej, niż dowolne prawo w
dowolnym kraju. Mają własną policję, organizują własne sądy by rozprawić się z każdym, kto
ośmieli się mieć dość odwagi i próbuje wprowadzić coś, co jest skuteczne w leczeniu raka, a na
co oni, według mojej opinii zdają się mieć monopol. Uważam, że siła ta kontroluje prasę i nie
jest korzystne dla wydawcy, jeżeli jakaś gazeta napisze coś pozytywnego "o lekarstwie na
raka". Wiadomo, że jeżeli taki środek zostanie uznany, zrewolucjonizuje to obecne metody
leczenia - więc można być pewnym, że Komisja Kontroli Raka nigdy do tego nie dopuści straciliby wówczas kontrolę nad pieniędzmi, które są tak swobodnie wydawane na badania nad
rakiem. Mając tyle pieniędzy do dyspozycji, nie byli przez 50 lat w stanie zaoferować światu
nawet
nadziei
na
prawdziwy
lek
przeciwko
tej
przerażającej
chorobie.
Statystyki przekazują, że podczas czterech lat ostatniej wojny Stany Zjednoczone straciły około
284 tys. ludzi, podczas gdy w tym samym czasie na raka zmarło w USA 672 tys. osób. Nadal,
poza wydawaniem pieniędzy na rzecz Towarzystwa Raka, nic nie zrobiono. Społeczeństwo
informowane jest w sposób, jaki Towarzystwo żąda i łatwowiernie przyjmuje wszystko.
Promieniowanie powoduje raka, jednocześnie jest jedynym środkiem, jaki medycyna ma do
zaoferowania w celu jego leczenia. Według mnie promienie mogą zniszczyć nowotwór, lecz po
pewnym czasie zabijają pacjenta. Przybyło kiedyś do mnie dwóch panów z Nowego Jorku, by
dowiedzieć się z pierwszej ręki o mojej pracy z chorymi na raka .Opowiedziałam im wszystko,
co mogłam, lecz chcieli rozmawiać z lekarzami i poznać ich opinię. Dowiedzieli się wówczas, że
dla lekarzy nie byłoby mądrze powiedzieć cokolwiek dobrego o leczeniu ziołami Essiac. Lekarze,
chociaż posiadali (i wydali) diagnozy wszystkich pacjentów zgłaszających się do mnie w ciągu

zeszłych lat i widzieli powrót chorych do zdrowia, nie ośmielili się wydać pozytywnej opinii.
Raczej już powiedzą, że postawili błędne diagnozy. Towarzystwo Raka zażądało opinii
patologów i kiedy zaprezentowałam pacjentów wyleczonych, którzy posiadali takie diagnozy,
wydane przez patologa rządowego, dyrektor Kolegium Lekarzy i Chirurgów wstał i ogłosił przed
komisją pomyłkę patologa, a mówił przecież o własnym patologu. Przez cały czas mojej
działalności byłam odwiedzana przez urzędników, grożących mi aresztowaniem, jeżeli będę
kontynuować swą pracę - tak więc przerywałam ją, mając pewność, że przecież tak bardzo
pomagam cierpiącym. Jeden człowiek nie był w stanie walczyć. Byłam i jestem pełna chęci
pomocy cierpiącym i pomagałam ludziom przez ponad 45 l. Nadal jestem odwiedzana przez
chorych i otrzymuję błagalne listy. Zgłaszający się znają osoby, którym pomogłam w
przeszłości i które nadal żyją Mam do wyboru - albo ich odesłać z niczym, lub też stanąć przed
sądem i zostać skazana na 7 lat więzienia, a taką karę przewiduje prawo za udzielanie pomocy
medycznej bez posiadania zezwolenia. Tak więc - Komisja Kontroli Raka nadal będzie wydawać
pieniądze publiczne i rządowe, lecz nigdy nie dopuści leku na raka. Mimo wszystkiego, co tylko
zostało powiedziane, nadal chcę udostępnić swój preparat towarzystwom medycznym, jeżeli
uzyskam zapewnienie, że zostanie on użyty by pomóc cierpiącym i nie zostanie odrzucony na
korzyść obecnych metod leczenia. Po rozpatrzeniu mojego przypadku przed Komisją Raka w
Ontario, jej członkowie wiedzą, że preparat mój ma zalety.

CZĘŚĆ III
"Rak powstaje po załamaniu się ostatniej linii obrony"
Rak dziesiątkuje ludzkość od tysiącleci. Jego ślady naukowcy odkryli w grobowcach faraonów.
Na badania wydano i wydaje się miliony rocznie. Jedynymi uznanymi przez środowisko
medyczne i stosowanymi w praktyce środkami są, jako efekt tych badań, chirurgia, rad i
promienie X o dużej energii. Mimo to, choroba rozprzestrzenia się i mimo wykrywania coraz
wcześniejszych przypadków, liczba chorych stale rośnie. Rak stał się drugą co do częstości
przyczyną
śmierci
na
świecie.
Statystyki wykazują, że alarmujący wzrost zachorowań jest tylko kwestią czasu, o ile nie
nastąpi jakiś przełom, rak będzie wkrótce wymieniany, jako najczęstsza przyczyna śmierci.
Wydaje się więc zupełnie oczywiste, że chirurgia i promieniowanie - nie są dobrymi metodami
walki z rakiem. Końcowy sukces nie będzie do nich należał. W rzeczywistości stwierdzono, że
promieniowanie wywołuje nowotwory zamiast ich leczyć. Rak odkryty wcześnie, jest niekiedy
leczony i wyleczony chirurgicznie lub przez radioterapię, a informacje o tym są natrętnie
"sprzedawane" społeczeństwu. Sloganem środowiska medycznego jest " odwiedź swego
lekarza,
jeżeli
tylko
podejrzewasz,
że
jesteś
chory".
Niestety lekarzy potrafiących diagnozować raka jest bardzo niewielu, jak również bardzo
niewielu objawów może w początkowych stadiach ostrzec chorego, czy lekarza. W szczególności
- w nowotworach narządów wewnętrznych prawie nie istnieją początkowe charakterystyczne
objawy i choroba zanim zostanie stwierdzona, już od dawna rozwija się w organizmie Rak w
szczególności pojawia się po załamaniu ostatniej linii obrony organizmu i we wczesnych
stadiach nie powoduje bólów czy gorszego samopoczucia - aż do momentu, gdy zaatakuje jakiś
narząd lub centra nerwów. Może rozwijać się powoli i w takich przypadkach jest najtrudniejszy
do stwierdzenia czy odczucia. Może się rozwijać również szybko i dać znać o sobie -wówczas
może być dosyć łatwo zdiagnozowany i leczony. Nowotwór rosnący powoli może przez lata nie
sprawiać kłopotów - aż do momentu zaatakowania życiowo ważnego narządu. Jednakże - przy
szybkim rozroście - kilka miesięcy rozwoju może się okazać zbyt późnym momentem dla
interwencji chirurgicznej. Zastosowana radioterapia może jednak spowodować rozrzut komórek
rakowych w organizmie, wprowadzony do guza rad powoduje spalenie otaczającej tkanki.
Uważam, że rad użyty w zbyt dużych dawkach, jest powodem następnych procesów
nowotworowych w zniszczonej promieniowaniem tkance. Gdy rak wniknie do wnętrza
gruczołów, wiedza medyczna zawodzi. Najczęściej - tradycyjne metody (chirurgia i
promieniowanie) nie mogą być użyte. To samo stosuje się oczywiście w odniesieniu do ważnych
życiowo narządów. Jeżeli zaatakowany rakiem narząd może zostać usunięty - tu chirurgia
czasami okazuje się skuteczna, o ile, oczywiście, nie nastąpił przedtem rozsiew nowotworu do

odległych narządów. Gdy rak jest rozsiany, każdy zastosowany na niego środek, może tylko
uczynić więcej szkody. Szok towarzyszący leczeniu, może na pewien czas wstrzymać rozwój
raka, lecz oczywiście, ma też szkodliwy wpływ na organizm. Ciało jest w słabnącej kondycji i
ma mniej możliwości oparcia się niszczącemu działaniu, penetracji promieni, czy innych
oficjalnych środków. Efekty w postaci wyniszczenia organizmu i nieznośnych bólów są tego
dowodem. Rozsądne jest twierdzenie, że można z powodzeniem stosować leki bez takiego
niszczącego działania, a jednocześnie skuteczne w wykorzenieniu nowotworu, który zawierając
chaotycznie rozmnażające się komórki ma większą zdolność destrukcyjną, niż zdolność obronna
organizmu. Złośliwość komórek jest kaprysem natury, w którym odwrócony jest proces
rozbudowy nowej tkanki.

CZĘŚĆ IV
"Rak jest niekiedy dziedziczny".
Komórki złośliwe tworzą się i odżywiają kosztem komórek zdrowych. Uważam, że między
komórkami rakowymi a normalnymi zachodzi wymiana substancji: komórki raka pobierają
składniki odżywcze od komórek zdrowych, oddając im swe toksyczne produkty metaboliczne i
niszcząc je w ten sposób. Podczas tego przerażającego wzrostu niszczona jest zdrowa tkanka,
aż wreszcie, niszczący swoje otoczenie nowotwór zaczyna dominować i rozprzestrzenia swój
diabelski kształt bez oporu. Fundacja Badań nad Rakiem ogłosiła kiedyś, że przyznaje dwóm
lekarzom dotację 226.503 $ na wykazanie, że rak powodowany jest przez wirusy. Teoria
wirusowa została stworzona przez naukowców z Liverpoolu przed laty. Naukowcy ci przybyli
potem do Ameryki, by ją tu potwierdzić i zostali zdyskredytowani, gdyż nie byli w stanie
osiągnąć
tych
samych
rezultatów,
które
osiągnęli
u
siebie
w
laboratorium.
Nie sądzę, by rak był powodowany przez wirusy, lecz uważam, że guz złośliwy może wytwarzać
wirusy w celu osłabienia i zniszczenia komórek zdrowych. Jestem pewna, że jeżeli takie wirusy
zostaną odkryte, nastąpi to w obszarze guza. Co do dziedziczności raka - to moje
doświadczenia z tysiącami pacjentów mówią mi, że w niektórych przypadkach jest to możliwe.
Nie znaczy to, że ktoś dziedziczy aktualny nowotwór, lecz, że może dziedziczyć predyspozycje
do choroby i że każde zniszczenie komórek u takich ludzi przeobrazi się we wzrost
nowotworowy. Obecnie, jednakże, spotyka się dzieci rodzące się z nowotworem których rodzice
nigdy nie mieli raka. Uważam, że jest to spowodowane pyłami radioaktywnymi. Towarzystwo
Raka istnieje od ponad 50 lat i wszyscy, wspierający je, mają nadzieję, że wkrótce będzie
znaleziony skuteczny środek na straszliwą chorobę, dotykającą wielu naszych najbliższych. Jak
dotąd, ani przyczyny, ani środki nie są oficjalnym naukowcom znane. Posiadam starą
kieszonkową encyklopedię z 1901 r., w której rak zdefiniowany jest następująco:"Guz złośliwy
tworzący sieć (rozrost) w tkance łącznej. Otoczony jest masą komórek, przypominających
komórki epitelialne (nabłonkowe)Ostatnie obserwacje wskazują na jego bakteryjne pochodzenie
i nieefektywną naturę. Miejscowe nowotwory opisane są pod innymi hasłami". Wątpię w to, czy
współcześni naukowcy mogą powiedzieć cokolwiek więcej o raku. Ocena wartości postępowania
medycznego i szczególna obsesja oficjalnej medycyny, że jedynie agresywne leczenie chirurgia,
promieniowanie i środki chemiczne na bazie iperytu azotowego, są skuteczne, połączone z
dobrą wolą szukania innych środków - mogłyby doprowadzić do znalezienia po pewnym czasie
skuteczniejszych środków. Środki takie zostaną prawdopodobnie otrzymane po odkryciu
biochemicznych różnic między komórkami złośliwymi a zdrowymi. Badania sekcyjne wykazały,
że zmarli na inną chorobę, cierpieli jednocześnie na raka, nie wiedząc o tym - i że w pewnym
momencie rozwoju nowotwór zatrzymał się. Albo więc przyroda zaopatrzyła tych ludzi w
mechanizmy obronne, albo, co bardziej prawdopodobne, organizm przestał dostarczać
komórkom
rakowym
substancji
odżywczych.
Ciało ludzkie nie znosi dewastacji i destrukcji spowodowanych przez drażnienie zewnętrzne lub
czynniki letalne - jak np. promieniowanie, które może zniszczyć guza, niszcząc jednak
równocześnie
zdrową
tkankę.
Mój środek - to nieszkodliwe zioła, podawane we wstrzyknięciach domięśniowych i docierające
do " zaburzonego" miejsca w organizmie, niezależnie od jego położenia, dostarczając rakowym

komórkom energię potrzebną do zwalczenia komórek złośliwych. Leczenie ziołami Essiac polega
na wstrzyknięciach domięśniowych, skojarzonych z podawaniem doustnym w celu zwalczania
infekcji spowodowanej zniszczeniem komórek złośliwych oraz oczyszczenia krwi. Departament
Zdrowia i Opieki Społecznej po otrzymaniu petycji podpisanej przez lekarzy przysłał dwóch
swych urzędników by mnie aresztowali, lecz ci, stwierdzając, że pracuję wraz z najbardziej
wpływowymi lekarzami w Toronto, i po wysłuchaniu ich opinii, odstąpili od swego zamiaru.
Jeden z przysłanych urzędników- dr W.C. Arnold tak zainteresował się moją pracą, że umożliwił
mi badania laboratoryjne na myszach w szpitalu Chistie Street, które wykonałam wraz z dr
Norichem i Locheedem. Myszy, zarażone mięsakiem Rousa, były, dzięki mojemu środkowi
utrzymywane przy życiu w ciągu 52 dni - a więc dłużej, niż komukolwiek innemu się udało.
Później - utrzymałam zainfekowane nowotworem myszy przy życiu przez 72 dni. Po spotkaniu z
dr Fryderykiem Bantingiem, odkrywcą insuliny usłyszałam: "Pani Caisse - nie powiem, że ma
pani środek na raka, lecz ma pani więcej dowodów na to, że można skutecznie leczyć raka, niż
ktokolwiek na świecie". Banting doradził mi, by wystąpić do Uniwersytetu w Toronto o
umożliwienie mi głębszych badań, a nawet sam zaproponował swą współpracę. Jednakże
współpracując z uniwersytetem, musiałabym udostępnić im skład swego preparatu, a oni
mogliby znając jego skład, odmówić dalszej współpracy. Stąd zdecydowałam się udowodnić
działanie mego preparatu sama, bez pomocy. Banting zaaprobował moją decyzję.

CZĘŚĆ V
"Dr Banting uważał, że Essiac ma pozytywne działanie".
W połowie lat dwudziestych byłam przełożoną pielęgniarek w szpitalu Providence w miasteczku
w
północnym
Ontario.
Pewnego dnia jedna z moich pielęgniarek kąpała starszą pacjentkę, której pierś była jedną
masą zbliznowaciałej tkanki. Spytałam ją o to. "Przybyłam z Anglii prawie 30 lat temu" powiedziała - "Towarzyszyłam mojemu mężowi, który przeszukiwał dzikie tereny północnego
Ontario. Moja prawa pierś zaczęła wykazywać stan zapalny, swędzieć, puchnąć i stała się
bardzo bolesna. Mąż zabrał mnie do Toronto, gdzie lekarze powiedzieli, że mam
zaawansowanego raka i pierś należy niezwłocznie usunąć. Zanim opuściliśmy obóz, bardzo
stary szaman indiański powiedział mi, że mam raka, lecz, że on może go wyleczyć.
Zdecydowałam poddać się jego leczeniu - i być może zachować pierś. Jedna z moich
przyjaciółek zmarła po zabiegu usunięcia piersi. Poza tym nie mieliśmy pieniędzy."
Owa starsza pani i jej mąż wrócili wówczas do obozu górników, gdzie stary szaman pokazał jej
pewne zioła, rosnące na tym terenie i zalecił codzienne picie herbatki, kobieta ta miała prawie
80 lat, gdy ją zobaczyłam nie miała żadnych objawów powrotu raka. Zainteresowało mnie to
bardzo i zapisałam nazwy ziół, których używała. Wiedziałam, że lekarze rozkładają ręce, gdy
nowotwór zostaje stwierdzony. Jak gdyby to był wyrok śmierci. Zdecydowałam, że gdyby
kiedykolwiek u mnie rozwinął się rak, użyję tych ziół. Około roku później odwiedziłam
starszego, dobrze mi znanego, emerytowanego lekarza. Spacerowaliśmy powoli w jego
ogrodzie, gdy doktor podniósł swą laską jakiś chwast:"Siostro Caisse" - powiedział mi - " gdyby
ludzie używali tego ziela, na świecie byłoby bardzo mało przypadków raka." Powiedział mi
nawet nazwę tej roślinki. Było to jedno z ziół, wymienionych przez pacjentkę wyleczoną z
nowotworu,
jako
składnik
zalecanej
przez
indiańskiego
szamana
herbatki.
Kilka miesięcy później otrzymałam wiadomość, że jedyna siostra mojej matki była operowana w
Brockville, Ontario. Lekarze stwierdzili raka żołądka z przerzutami do wątroby i rokowali jej co
najwyżej 6 miesięcy życia. Niezwłocznie odwiedziłam ciotkę i odbyłam rozmowę z dr R.O.
Fischerem z Toronto, którego dobrze znałam, gdyż wiele razy opiekowałam się jego pacjentami.
Powiedziałam jemu o swojej herbatce ziołowej i poprosiłam o zgodę na użycie jej pod jego
obserwacją - gdyż, według wiedzy medycznej ,mojej ciotce nie mogło już nic pomóc. Doktor
bez zwłoki zgodził się. Z pewnym trudem uzyskałam niezbędne zioła i zrobiłam napar. Moja
ciotka przeżyła jeszcze 21 lat. Nie nastąpiła u niej wznowa nowotworu. Ta sprawa zrobiła tak
duże wrażenie na dr Fischerze, że poprosił mnie o zastosowanie tego samego leczenia w kilku
innych beznadziejnych przypadkach raka. Także inni lekarze, którzy znali sprawę od dr

Fischera, prosili mnie o podobne leczenie .Wyniki wywarły na nich ogromne wrażenie. Kilku z
owych lekarzy prosiło mnie, czy nie zechciała bym użyć mojego środka do leczenia pewnego
starszego mężczyzny, którego twarz była przeżarta rakiem i który krwawił tak silnie, że według
zgodnej opinii lekarzy, jego czas życia mógł wynieść co najwyżej 10 dni. "Nie oczekujemy cudu
" - powiedzieli -" lecz jeżeli Pani leczenie pomoże w tym stadium raka będziemy wiedzieć, że
odkryła Pani coś, czego cały świat desperacko potrzebuje - skuteczny środek na raka. Moje
leczenie zatrzymało krwawienie w ciągu 24 godz. Pacjent przeżył jeszcze 6 miesięcy z bardzo
niewielkim
dyskomfortem.
Będąc pod wrażeniem tego, co widzieli na własne oczy, ośmiu z tych lekarzy podpisało petycję
do Narodowego Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej w Ottawie z prośbą o ułatwienie mi
wykonania niezależnych badań, dotyczących mojego odkrycia. Petycja ta, datowana na 27
października
1926
r.
brzmi
następująco:
"Do

wszystkich,

których

to

może

dotyczyć

:

My, niżej podpisani, uważamy, że leczenie raka w sposób podany przez siostrę R.M. Caisse nie
przynosi szkody, uwalnia od bólu lub przynosi ulgę, zmniejsza procesy rozrostowe i przedłuża
życie w beznadziejnych przypadkach, według naszej najlepszej wiedzy, wszystkie przypadki, w
których zastosowano leczenie tą metodą, były przypadkami, gdzie wiedza medyczna nie
przyniosła rezultatu - i nawet wtedy - w późnych stadiach choroby, można było dostrzec
dobroczynne efekty tej metody. Chcielibyśmy móc ujrzeć, że Pani Caisse będzie mieć okazję do
sprawdzenia swej metody w szerokim zakresie. Według naszej najlepszej wiedzy, wszystkie
przypadki były leczone nieodpłatnie i Pani Caisse przeprowadza leczenie tą metodą od ponad
dwóch
lat.
Tu następują podpisy ośmiu lekarzy. Słowa te sprawiły mi nadzwyczajną radość, zwłaszcza, że
wyrażone były przez wybitnych lekarzy jako dowód zaufania do mojej metody. Moja radość była
jednak krótkotrwała - wkrótce po otrzymaniu petycji, Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej z
Ottawy wysłał dwóch lekarzy by "aresztowali" mnie za praktykowanie, leczenie bez licencji. To
był początek prawie 50-letnich prześladowań ze strony władz - od rządu poczynając, aż do
władz medycznych- które udało mi się przetrwać, próbując pomóc chorym dotkniętym przez
raka.
Podczas pracy z dr Fischer'em pojawiła się sugestia, że leczenie może być bardziej efektywne,
jeżeli podawane będzie we wstrzyknięciach. Zaczęłam eliminować jedną substancję po drugiej i po wyeliminowaniu substancji białkowych stwierdziłam, że składniki hamujące wzrost
nowotworu, mogą być podawane we wstrzyknięciach domięśniowych, bez powodowania
żadnych reakcji ubocznych, jakie pojawiły się w moich wcześniejszych doświadczeniach na
myszach. Stwierdziłam jednak równocześnie, że substancje wcześniej usunięte ze składników
iniekcji, także są nie zbędne do leczenia - gdyż również redukują wzrost nowotworu, powodując
usuwanie zniszczonych tkanek. Stosując zastrzyki domięśniowe w ramię - w celu zniszczenia
komórek nowotworowych, oraz stosując jednocześnie leczenie doustne - w celu oczyszczenia
krwi, osiągnęłam szybsze rezultaty, niż przy stosowaniu jedynie leczenia doustnego, które
zalecałam wcześniej. Dr Fischer zaproponował dalsze badania oraz opracowanie takiej formuły
iniekcji, która nie powodowała by reakcji ubocznych.

CZĘŚĆ VI
"Dr Bastedo i miasto Bracebridge uwierzyli w Essiac".
Dobrze pamiętam pierwsze wstrzyknięcie leku. Zadzwonił do mnie dr R.O. Fischer z informacją
o pacjencie z Lyons, stan Nowy Jork, chorym na raka języka i prośbą o wykonanie zastrzyku w
język.
Po zastrzyku zamarłam z przerażenia, gdyż nastąpiła gwałtowna reakcja - dreszcze pacjenta i
gwałtowny obrzęk języka. Objawy te trwały około 20 minut, potem opuchlizna spadła stan
pacjenta poprawił się .W istocie -nastąpiło zahamowanie wzrostu nowotworu, pacjent wstał i

poszedł

do

domu.

Przeżył

jeszcze

4

lata.

Zaczęłam wówczas badania nad eliminacją z mojego preparatu substancji mogących
powodować takie reakcje wstrząsowe. Udało mi się stwierdzić, które składniki hamują wzrost
nowotworu, bez powodowania takich reakcji. Jednakże, stwierdziłam, że działanie
przeciwnowotworowe zostało wówczas osłabione. Wyeliminowane składniki były niezbędne do
czyszczenia krwi. Wówczas zdecydowaliśmy, że wraz z iniekcjami, należy podawać lek w formie
doustnej. Otrzymane rezultaty były lepsze, niż przy podawaniu leku tylko jedną drogą. Lekarze
zaczęli wówczas przysyłać do mnie pacjentów - w ilości do 30 dziennie. Z powodu sprzeciwu
współlokatorów, musiałam zrezygnować z działalności wyjechałam z miasta. Ponieważ leczyłam
bezpłatnie, nie miałam środków do życia- wyjechałam do Peterborough, gdzie wynajęłam dom.
Zaledwie wprowadziłam się tam, Kolegium Lekarzy i Chirurgów przysłało policję z nakazem
mojego aresztowania. Przybyły urzędnik, zobaczywszy, co robię, rzekł "Nie wykonam tego
nakazu.
Wracam,
by
porozmawiać
z
dr
Noble,
moim
przełożonym".
Nie zobaczyłam go więcej. Następnego dnia skontaktowałam się z dr Robbem, Ministrem
Zdrowia z prośbą o posłuchanie Otrzymałam odpowiedź z wyznaczonym terminem - na
następny poniedziałek o godz. 14.00. Skontaktowałam się z lekarzami, którzy przysłali mi
pacjentów. Pięciu z nich, wraz z około dwunastoma pacjentami przyjechało wraz ze mną na
spotkanie z Ministrem. Po wysłuchaniu mnie, dr Robb rzekł, że mogę kontynuować swą pracę,
pod warunkiem, że zgłaszający się do mnie chorzy będą mieć diagnozę lekarską ,oraz, że nie
będę pobierała opłat za leczenie. Obiecał, że nie będzie mi przeszkadzać. Powiedziałam mu, że
moją ambicją jest wykazanie zalet Essiac, uczynienie go akceptowanym przez lekarzy.
Robb rzekł, że podziwia moją odwagę - a ja zaczęłam swą pracę, dumna i szczęśliwa, nie
spodziewając się opozycji, którą jednak wkrótce napotkałam. Kilka dni później zadzwonił do
mnie dr Bastedo z Bracebridge z propozycją, że gdybym zechciała wrócić do praktyki w mym
rodzinnym mieście to czeka na mnie budynek hotelu "Brytyjski Lew", gdzie może powstać moja
klinika.
Namówił
mnie
do
przyjęcia
swej
oferty.
Burmistrz i Rada Miejska byli entuzjastycznie nastawieni, z ich, oraz krewnych, przyjaciół i
pacjentów pomocą, umeblowałam i wyposażyłam biuro, ambulatorium, izbę przyjęć i pięć pokoji
dla pacjentów. Pracowałam tu przez prawie osiem lat, mając wielki napis "KLINIKA RAKA" na
drzwiach
budynku.
Lekarze przysyłali lub przywozili do mnie pacjentów. Byłam odwiedzana przez wielu lekarzy z
USA - którzy przyglądali się mojej pracy, badali pacjentów i oceniali rezultaty. Pacjenci,
przywiezieni karetkami, po kilku dawkach leku zaczynali samodzielnie chodzić. Przez te osiem
lat wyleczyłam tysiące pacjentów, w większości określanych, jako przypadki beznadziejne, w
których wszelka wiedza medyczna zawiodła. Zawsze wierzyłam, że jeżeli udowodnię
skuteczność Essiac w różnych rodzajach raka, Towarzystwo Raka będzie po pewnym czasie
uprzejme uznać mój lek za skuteczny środek na raka. Nie wiedziałam wówczas o wysiłkach
podejmowanych przez nich w celu niedopuszczenia do odkrycia takiego środka. Na lekarzy
przysyłających do mnie pacjentów zaczęto wywierać różne naciski - np. zaczęli do mnie
przybywać pacjenci bez pisemnej diagnozy, a zgodnie z umową, nie mogłam ich leczyć, lecz
musiałam odsyłać.

CZĘŚĆ VII
"Komisja Raka była jedynie farsą".
Przez wiele lat zabierałam delegacje i grupy wyleczonych pacjentów do Wydziału Zdrowia, a
towarzyszyli nam lekarze i członkowie Rady Miasta, którzy prosili o uznanie mego preparatu.
Petycja, którą przedłożyliśmy, została zaprezentowana przez Leopolda Mc. Canlleya,a podpisało
ją trzystu pacjentów, Burmistrz Bracebridge, pastor. Petycja była analizowana przez 59
członków Komitetu Legislacyjnego. Mimo wszystkich posiadanych dowodów, przegrałam trzema
głosami. Stało się tak, gdyż po utworzeniu Komitetu Raka stanu Ontario, omawiano mój

przypadek z władzami Ustawodawczymi i Komitet dał wówczas obietnicę, że jeżeli petycja
zostanie odrzucona, oni (tzn. Komitet) rozpatrzy "uczciwie" mój przypadek. Fakt ten miał
miejsce przed udzieleniem mi posłuchania. Według mnie, rozpatrzenie sprawy Essiac przez
Komitet Raka było największą w historii ludzkości farsą. Komitet dopuścił przed swoje oblicze
tylko czterdziestu dziewięciu pacjentów stwierdzając pózniej, że to ja zaprezentowałam tylko
taką liczbę chorych. Stwierdzili także, że wyniki badań rentgenowskich nie są do przyjęcia jako
diagnozy i że 49 lekarzy pomyliło się w swoich diagnozach. Smutny to stan rzeczy, gdy lekarze
określają schorzenia jako "raka" i wysyłają pacjenta do domu, nie dając mu nadziei.
Pośród 49 pacjentów badanych przez Komisję Raka, większość z nich miała diagnozy
postawione przez więcej niż jednego lekarza ( niekiedy przez trzech lub czterech ) i była
leczona przeciwnowotworowo, zanim przyszli do mnie. Komisja stwierdziła, że każdy
zaprezentowany pacjent był w dobrym stanie, lub też wyleczony, lecz jednocześnie powiedzieli,
że wszyscy lekarze postawili złe diagnozy. Ponad 300 pacjentów czekało na zbadanie przez
Komisję, która jednak stwierdziła, że przebadała już dostatecznie wielu pacjentów, by móc dać
swe orzeczenie. Zrobili wielką sprawę z tego, że nie udostępniłam im swojej formuły, lecz nie
stwierdzili w swym orzeczeniu, że od lat byłam gotowa to zrobić, pod warunkiem, że uznają
wartość zaprezentowanych przeze mnie dowodów klinicznych i uznają Essiac za środek
korzystnym działaniu. Przy takich warunkach, chętnie udostępniła bym skład swego preparatu,
lecz nie otrzymałam zapewnienia, że nie zostanie on w archiwum. Tak więc nie opublikowałam
składu
Essiac,
a
komisja
stwierdziła,
że
"odmówiłam
jej
ujawnienia".
Dr E.M. Carson zbadała ponad 400 pacjentów mojej kliniki i w swoim opublikowanym liście
napisała: "Kilku sławnych lekarzy i chirurgów, znających rezultaty stosowania Essiac i
zaangażowanych intensywnie w badania nad rakiem, stwierdziło, iż Essiac- środek stworzony
przez René M. Caisse, jest najbardziej humanitarnym, satysfakcjonującym i najczęściej
skutecznym
środkiem
przeciwrakowym,
jaki
dotychczas
został
stworzony".
Doktor B.L. Guyatt, wykładowca anatomii na Uniwersytecie w Toronto, badał moją pracę przez
ponad trzy lata, często odwiedzając moją klinikę. Chciałabym zacytować fragment jego listu:
"Pierwszym i najbardziej godnym spostrzeżeniem jest pogoda i optymizm czekających w klinice
pacjentów. To zafascynowało mnie - wydaje się, że leczenie zniosło poczucie niemożności
pacjentów. W większości przypadków - skrzywione cierpieniem twarze przybrały normalny
wygląd i nastąpiła redukcja bólu, co jest godne uwagi, gdyż, w tych przypadkach- ból jest
bardzo trudny do opanowania. Badając autentyczne przypadki raka, stwierdziłem, że w wielu
przypadkach opanowane zostało krwawienie i goiły się otwarte rany warg i piersi. Znikały
nowotwory odbytnicy, pęcherza i rdzenia kręgowego. Pacjenci z rakiem żołądka powracali do
normalnej aktywności. W klinice leczonych było wiele setek chorych i u takiej liczby osiągnięto
wyleczenie lub poprawę. Byłem świadkiem, że w Klinice tej stosowano leczenie przynosiło
poprawę, doprowadzając do unicestwienia nowotworu i dostarczając energii życiowej,
potrzebnej do uporania się z rakiem. W imieniu chorych na raka będę czynił wszystko, co w
mojej
mocy,
by
Essiac
był
dla
wszystkich
dostępny".
Dr Guyatt odwiedzał moją klinikę prawie co miesiąc - przez trzy lata, lecz mimo wielu
korzystnych dla mnie raportów, komisja stwierdziła, że nie doszukała się zalet mojego sposobu
leczenia. Prosiłam o wysłuchanie mnie przez Kolegium Lekarzy i Chirurgów, na co otrzymałam
odpowiedź, że jeżeli będę kontynuowała swoją praktykę, zostanę postawiona przed sąd

CZĘŚĆ VIII
"Dyktatura medyczna trzyma lekarzy w szeregu".
Wiedza niszczy przesąd w medycynie i przeistacza go w naukę, zawód ten jest przeniknięty
świadomością tego, że, jak mówi się: "prawda jest przed jakimikolwiek innymi względami". Taki
powinien
być
"duch
naukowy"
w
leczeniu
raka
i
wszelkich
innych
chorób.
Zawód lekarza zamyka się w tzw. "liniach" (wytycznych) nauki, a nie "liniach naturalnych"

(liniach prawdy). Według mnie - dyktatura kilku ludzi jest narzucona bez sprzeciwu większości
praktykujących lekarzy. Każde wyjście poza utarty sposób myślenia sprawia, że wychodzący
poddawany jest ostracyzmowi środowiska i potępiony, bez próby rzetelnego ustosunkowania się
do "łamiącego konwencje". Nie ma tu znaczenia co zostało osiągnięte; osoba taka zostaje
uznana za "szarlatana", tracąc rangę "naukowca" i zostając "wyzyskiwaczem". Prawda
natomiast jest taka, że samotni myśliciele (jak to było w moim przypadku) stają się tak
zaabsorbowani swą pracą i jej wynikami, że gdy zostają nagle "obudzeni", zdają sobie sprawę,
że zostali wyzyskani ze wszystkiego, co posiadali. Przeważającym trendem we współczesnej
medycynie jest dążenie do dominacji nad środowiskiem raczej, niż do kierowania.
Wybrałam rok temu losowo 26 pacjentów, wśród leczonych przeze mnie w przeszłości i
napisałam do każdego, chcąc dowiedzieć się, czy nadal żyją. Ku mojemu zdziwieniu,
otrzymałam 21 listów od wyleczonych pacjentów, którzy żyli bez nawrotów choroby od ponad
20 lat. Nie mogę zrozumieć - jakiego lepszego dowodu wymaga Towarzystwo Medyczne, by
móc stwierdzić, że Essiac jest co najmniej korzystny. Większości z tych pacjentów, którzy mi
odpisali
nie
dawano
więcej
niż
kilka
miesięcy
życia.
Wiedza medyczna nie ma nic do zaoferowania cierpiącym na raka, poza radem, chirurgią i
promieniami X. Promieniowanie - jak jest to obecnie przyznawane - ma przeciwny efekt powoduje raka, zamiast go leczyć. Wszyscy wiemy, jak niewiele wiedza medyczna osiągnęła w
tym zakresie i nie będę się nad tym rozwodzić. W ósmym roku prowadzenia mojej klinki w
Bracebridge nastąpiło zdarzenie, które zmąciło mój spokój i którego nigdy nie zapomnę.
Do mojego pokoju zabiegowego weszła jedna z pacjentek - p. Gilrouth. Po otrzymaniu leku padła martwa. Tego samego dnia lek został podany ponad 50 pacjentom i nie było żadnych
kłopotów. W klinice było wówczas dwóch lekarzy, lecz pacjentka zmarła, zanim mogli zrobić
cokolwiek. Pamiętam, że lekarz pani Gilrouth mówił mi przedtem, że pacjentce zagraża zator,
co może w każdej chwili skończyć się zgonem. Jej dwaj synowie potwierdzili słowa lekarza.
Powiedzieli, że matka tego ranka miała niewyraźną mowę, i że nie chcieli przywozić jej dzisiaj
na zabieg, chociaż nalegała na to. Lekarz pani Gilrouth dzwonił do mnie, wspominając o
wrzodzie u pacjentki, który nie chciał się goić i mówiąc, że byłby bardzo wdzięczny, gdybym
moim leczeniem mogła sprawić jej ulgę. Przysłał mi również pisemną diagnozę jej przypadku.
Nie muszę mówić jak bardzo byłam wstrząśnięta faktem śmierci pacjentki, lecz musiałam nadal
leczyć przybywających - czasem z daleka - chorych. Wszyscy oni chcieli otrzymać mój lek,
mimo tego, co się stało. Towarzystwa lekarskie zostały oczywiście powiadomione o fakcie
śmierci pacjentki i w gazetach ukazały się artykuły z nagłówkami typu: "Kobieta umiera po
leczeniu otrzymanym w klinice Caisse w Bracebridge" itp. Przysłano wówczas dwóch patologów
z Toronto - dr Robinsona i dr Frankisha - w celu wykonania autopsji. Nie zostałam wówczas
aresztowana, lecz zrobiono mi proces przed sądem przysięgłych, złożonych z 12 osób. Sędzią
był dr Lawson z Toronto. W żaden sposób nie mogłam znaleźć pisemnej diagnozy lekarza
zmarłej pacjentki - gdyż ją gdzieś zagubiłam. Odnalazłam ją przed stawieniem się w sądzie. Nie
miałam czasu na poinformowanie swoich prawników, że już ją znalazłam - tak więc byli bardzo
zdziwieni,
gdy
na
pytanie
prokuratora
o
diagnozę,
mogłam

przedstawić.
W sądzie stawiło się 58 pacjentów, których leczyłam tego dnia i wszyscy świadczyli na moją
korzyść. Podobnie - po mojej stronie stanęła rodzina zmarłej pacjentki - jej mąż i dwaj synowie.
Także patolodzy wzięli moją stronę, zapewniając sąd, że zgon pacjentki mógł nastąpić w
dowolnej chwili, niezależnie od tego, czy otrzymałaby moje leczenie, czy też nie.
Zostałam całkowicie oczyszczona z zarzutów. Nie zamknięto mojej kliniki i nadal
kontynuowałam swą pracę. Dlaczego zatem postawiono mnie przed sądem? Gdyby czekano na
wynik autopsji, nie byłoby konieczności przeprowadzania procesu, gdyż raport o autopsji
brzmiał: "Śmierć nastąpiła jako wynik zatoru w arterii płucnej. Możliwość wystąpienia zatoru
była rozważana od lat.

CZĘŚĆ IX


Related documents


historia rene caisse moja w dr wka
nieznany swiat nr 01 2011
nieznany swiat nr 7
nieznany swiat nr 01 2012
czy essiac mo e zatrzyma raka
nieznany swiat nr 05 2011


Related keywords