A. i B. Strugacki Chlopec iz pekla (abc) .pdf

File information


Original filename: A. i B. Strugacki - Chlopec iz pekla (abc).pdf
Title: Chlopeć iz pekla
Author: Arkadij Natanovyč Struhaćkyj Borys Natanovyč Struhaćkyj

This PDF 1.4 document has been generated by PDF-XChange Office Addin / PDF-XChange Printer 2012 (5.0 build 267) [Windows 7 Ultimate x64 (Build 7601: Service Pack 1)], and has been sent on pdf-archive.com on 15/02/2017 at 10:15, from IP address 195.128.x.x. The current document download page has been viewed 380 times.
File size: 459 KB (72 pages).
Privacy: public file


Download original PDF file


A. i B. Strugacki - Chlopec iz pekla (abc).pdf (PDF, 459 KB)


Share on social networks



Link to this file download page



Document preview


Powis «Ch ope iz pek a» rozpowidaje pro ch opcia Haga z czu oji, ochop enoji wijnoju planety. Hag ne ujawlaje sebe
poza wijnoju, ad e joho zma ku wychowuwa y bijcem. Opynywszy u bezpeci, w switi
bez wijny, Hag-Bijciw kyj kit wreszti-reszt
wyriszuje utekty, aby buty korysnym, jak
win dumaje, na swojij zhoriowanij planeti.

Perek

y z rosij koji A. Sahan i B. Szczawur kyj

Oce tak se o! Zrodu ja takych si ne baczyw i ne znaw nawi , szczo taki se a
buwaju . Chaty kruhli, buri, bez wikon, styrcza na palach, nacze wartowi we i, a
pid nymy czoho tilky ne nakydano — horszczyky jaki we yczezni, koryta, ir awi
kazany, derewjani hrabli, opaty… Zemla mi chatamy — h yna, i nastilky wona wypa ena i wytoptana, szczo a b yszczy . I wsiudy, kudy ne hla , — sitky. Suchi. Szczo
wony tut cymy sitkamy owla — ja ne znaju: praworucz bo oto, liworucz — bo oto,
smerdy , jak na zwa yszczi… ach ywa dira. Tysiaczu rokiw wony tut hny y i, jakby
ne hercog, hny y by szcze tysiaczu rokiw. Piwnicz. Dykuniaczczia. I yteliw, zwisno,
nikoho ne wydno. Czy to da y dra a, czy to zabra y jich, czy to wony pochowa ysia.
Na majdani bila faktoriji dymi a polowa kuchnia, zniata z kolis. We yczeznyj
dykobraz — szyrszyj, ni dowszyj — u brudnomu bi omu fartuchu powerch brudnoji siroji formy ko otyw szczo u kazani czerpakom na dow eznij ruczci. Jak na
mene, wid cioho kazana w osnownomu i smerdi o po seli.
My pidijsz y, i Gepard, zahajawszy , zapytaw, de komandyr. Cia twariuka nawi ne obernu asia — burknu a szczo u swoje warywo i ty nu a czerpakom kudy
uzdow wu yci. Piddaw ja jomu nosakom czobota popid kry i, win szwyde ko powernuwsia, pobaczyw naszu formu i widrazu staw, jak na
. Joho morda wyjawydo pary zadnyci, ta szcze j ne ho ena ci yj ty de , u dykobraza.
— To de u was tut komandyr? — znowu pytaje Gepard, uperszy trostynoju
jomu w hrubeznu szyju pid podwijnym pidboriddiam.
Dykobraz wy upyw ba uchy, poplamkaw hubamy i prochrypiw:
— Wynuwatyj, pane starszyj nastawnyku… Pan sztab-major na pozycijach…
Bu te askawi, cijeju wu yceju… priamisi ko na oko yci… Pryjmi moji wybaczennia, pane starszyj nastawnyku…
Win szcze szczo tam chrypiw i bulkaw, a z-za rohu faktoriji wywo ok ysia dwa
nowych dykobrazy — szcze straszniszi za cioho, zowsim u e opuda a horodni, bez
zbroji, bez ho ownych uboriw, — pobaczy y nas i zawmer y po stijci «strunko». Gepard ysze pohlanuw na nych, zitchnuw i podawsia dali, postukujuczy trostynoju po
chalawi.
Niczoho skazaty, wczasno my siudy wstyh y. Oci dykobrazy, wony b nam tut
nawojuwa y! Tilky trioch ja poky szczo baczyw, a e w e mene wid nych nudy , i w e
meni zrozumi o, szczo taka ot, darujte na s owi, wij kowa czastyna, z ty owych woszej zbyta, ta szcze j naszwydkurucz, ta szcze j abyjak, usi ci po kowi pekari, brygadni czobotari, pysari, intendanty, nedoumky, hry onosci, slipaky, or y pochowalnych komand — use ce chodiacze dobrywo, sa o bahnetne. Imper ki bronechody
projsz y by kri nych i nawi ne pomity y, szczo tut chto je. Hulajuczy.
Tut nas huknu y. Liworucz, mi dwoma chatamy, buw natiahnutyj maskuwalnyj tent i wysi a bi o-ze ena hanczirka na erdyni. Medpunkt. Szcze dwa dykobrazy
powoli porpa ysia u ze enych tiukach z medykamentamy, a na cynowkach, kynutych prosto na zemlu,
y poraneni. Usioho jich bu o troje; odyn, iz zabyntowanoju ho owoju, pidwiwszy na likti, dywywsia na nas. Ko y my obernu ysia, win
znowu huknuw:

— Pane nastawnyku! Na chwy ynoczku, proszu was!..
My pidijsz y. Gepard prysiw nawpoczipky, a ja za yszywsia stojaty za joho spynoju. Na poranenomu ne bu o wydno nijakych rozpiznawalnych znakiw, win buw u
poszmatowanomu obhori omu maskuwalnomu kombinezoni, rozstibnutomu na hoych wo ochatych hrudiach, a e z joho ob yczczia, z joho sza enych oczej z obsmaenymy wijamy ja widrazu zrozumiw, szczo ocej-ot — ne dykobraz, szanowni, ni, cej
— zi spraw nich. I sprawdi.
— Brygad-jeger baron Tregg, — widrekomenduwawsia win. Niby husenyci
briaznu y. — Komandyr okremoho wisimnadciatoho zahonu lisowych jegeriw.
— Starszyj nastawnyk Digga, — skazaw Gepard. — S uchaju tebe, chorobryj
brate.
— Sygaretu… — poprosyw baron jakymo widrazu prytych ym ho osom.
Poky Gepard distawaw portsygar, win pokwap ywo wiw dali:
— Popaw pid wohnemet, obsma o, jak swyniu… Diakuwaty Bohu, bo oto porucz, zanurywsia po samisi ki browy… A e sygarety — na kaszu… Diakuju…
Win zatiahnuwsia, prymru ywszy oczi, j widrazu nadsadno zakaszlawsia, we
posyniw, zasmykawsia, z-pid powjazky na szczoku wypowz a krapla krowi j zastya. Nacze smo a. Gepard, ne obertajuczy , prostiahnuw do mene czerez p ecze
ruku i k acnuw palciamy. Ja zirwaw z pojasa flahu, podaw. Baron zrobyw kilka
kowtkiw, i jomu niby po ehsza o. Dwoje inszych poranenych
y neruchomo —
czy to wony spa y, czy to w e widijsz y. Sanitary dywy ysia na nas bojazko. Ne dywy ysia nawi , a tak, pozyra y.
— Czudowo… — mowyw baron Tregg, powertajuczy flahu. — Skilky w tebe
ludej?
— Czotyry desiatky, — widpowiw Gepard. — Flahu za ysz… Za ysz sobi.
— Sorok… Sorok Bijciw kych Kotiw…
— Koteniat, — skazaw Gepard. — Na al… A e my zrobymo wse, szczo zmoemo.
Baron dywywsia na nioho z-pid obsma enych briw. W joho oczach bu a muka.
— S uchaj, chorobryj brate, — skazaw win. — U mene nikoho ne yszy osia. Ja
widstupaju wid samoho perewa u, try doby. Bezpererwni boji. Szczurojidy pru na
bronechodach. Ja spa yw sztuk dwadcia . Ostanni dwa — wczora… tut, bila samoji
oko yci… pobaczysz. Cej sztab-major… dure i bojahuz… staryj mot och… Ja joho
chotiw buw zastre yty, ta odnoho patrona ne yszy osia. Ujawlajesz? odnoho patrona! Chowawsia w seli zi swojimy dykobrazamy i dywywsia, jak nas wypaluju odnoho za druhym… Pro szczo ce ja? Aha! De brygada Hagrida? Racija na druzky…
Ostannie: «Trymajtesia, brygada Hagrida na pidchodi…» S uchaj, sygaretu… I powidom u sztab, szczo wisimnadciatoho okremoho bilsze nema.
Baron u e maryw. Ska eni oczi joho pomutni y, jazyk edwe woruszywsia. Win
upaw nawznak i howoryw, howoryw, burmotiw, chrypiw, a joho skriuczeni palci nespokijno nyszpory y dowko a, cziplajuczy to za kraji cynowky, to za kombinezon.
Potim win raptom zatych na piws owi, i Gepard pidniawsia.
Win powilno wytiah sygaretu, ne zwodiaczy oczej iz zakynutoho ob yczczia,
acnuw zapalnyczkoju, potim nachy ywsia i pok aw portsygar razom iz zapalnyczkoju bila czornych palciw, i palci adibno wczepy
u portsygar i stysnu y joho, a

Gepard, ne ka uczy ni s owa, powernuwsia, i my ruszy y dali.
Ja podumaw, szczo ce, mabu , my oserdno — brygad-jeger zneprytomniw
same wczasno. Bo dowe
by jomu poczuty, szczo brygady Hagrida w e tako
1

nema. Nakry y jiji cijeji samoji noczi na rokadi bombowym ky ymom — dwi hodyny my rozczyszcza y szose wid u amkiw maszyn ta zawaliw u e zastyh oho mjasa,
widhaniajuczy bo ewilnych, jaki liz y pid wanta iwky, szczoby schowatysia. Wid
samoho Hagrida my znajsz y tilky general kyj kaszket, zaszkarub yj wid krowi…
Meni a moroz poza szkiru piszow, ko y ja wse ce pryhadaw, i ja mymochi pohlanuw na nebo j potiszywsia, jake wono ny ke, sire ta bezproswitne.
Persze, szczo my pobaczy y, wyjszowszy za oko yciu, buw imper kyj bronechid, szczo zjichaw z dorohy i zawa ywsia nosom u sil kyj ko odia . Win u e wystyh,
trawa dowko a nioho bu a wkryta masnoju kiptiawoju, pid rozkrytym bortowym lukom walawsia zdoch yj szczurojid — use na niomu zhori o, za yszy ysia tilky rudi
czerewyky na potrijnij pidoszwi. Czudowi u szczurojidiw czerewyky! U nych czerewyky czudowi, bronechody, ta szcze, mabu , bombarduwalnyky. A so daty wony,
jak usim widomo, nikczemni. Szaka y.
— Jak tobi podobaje sia cia pozycija, Hagu? — zapytaw Gepard.
Ja rozzyrnuwsia. Nu j pozycija! Ja prosto oczam swojim ne powiryw. Dykobrazy wyry y sobi okopy obabicz dorohy, posered halawyny mi oko yceju i d unglamy. D ungli stinoju stoja y pered okopamy krokiw za pjatdesiat, nijak ne bilsze.
Mo esz tam nazbyraty po k, mo esz — brygadu, szczo zamane sia, w okopach pro
ce ne diznaju sia, a ko y diznaju sia, to zrobyty w e odnakowo niczoho ne zmo .
Pozadu okopiw na liwomu flangu tiahnu asia triasowyna. Za prawoflangowymy
bu o riwne po e, na jakomu ranisze bu o szczo posijano, a teper use zhori o. Ta-aa-k…
— Ne podobaje sia meni cia pozycija, — skazaw ja.
— Meni te , — skazaw Gepard.
Szcze b pak! Tut e bu a ne tilky cia pozycija. Tut na dodaczu bu y Szcze j dykobrazy. Bu o jich tut sztuk sto, ne mensze, i wony weszta
po cij swojij pozyciji,
nemow po tor yszczu. Odni, pozbywawszy kupkamy, pa y bahattia. Druhi prosto
stoja y, zapchawszy ruky w rukawy. A treti weszta .
Bila okopiw wala ysia gwyntiwky, styrcza y ku emety, bezh uzdo zaderszy
choboty w ny ke nebo. Posered dorohy, zagruznuwszy w bahniuci po stupyci, ni w
tyn ni w worota stojaw raketomet. Na afeti sydiw litnij dykobraz — czy to wartowyj,
czy to prosto tak prysiw sobi, stomywszy brodyty. Zresztoju, szkody wid nioho ne
bu o: sydiw sobi i d ubawsia ska koju u wusi.
Kys o meni sta o wid usioho cioho. Och, bu a b moja wola — szarnuw by ja po
wsiomu ciomu zbihowy ku z ku emeta… Ja z nadijeju pohlanuw na Geparda, prote
Gepard mowczaw i tilky powodyw swojim horbatym nosom zliwa naprawo i sprawa
naliwo.
Zzadu poczu ysia rozluczeni ho osy, i ja ozyrnuwsia. Pid schodamy krajnioji
chaty swary ysia dwa dykobrazy. Ne podi y wony mi soboju derewjane koryto
1 Rokada — doroha u pryfrontowij smuzi, paralelna liniji frontu.

— ko en tiah do sebe, ko en ajawsia na czim swit stoji , i po ocych-ot ja szarnuw
by z osob ywoju naso odoju. Gepard skazaw meni:
— Prywedy.
Ja wmy pidskoczyw do cych bowduriw, du om awtomata wperiszczyw po rukach odnoho, wperiszczyw druhoho i, ko y wony wytriszczy ysia na mene, wypustywszy swoje koryto, kywnuw jim ho owoju w bik Geparda. Nawi ne pysnu y. I
oboch widrazu potom projnia o, jak u azni. Wtyrajuczy na chodu rukawamy, wony
pidtiupcem pidbih y do Geparda i zawmer y za dwa kroky pered nym neczuparnymy spitni ymy kupamy. Gepard nekwapno pidniaw trostynu, prymirywsia, nacze
u biljard hraw, i wrizaw — prosto po pykach, odnomu raz i druhomu raz, a potim
hlanuw na nych, na twariuk, i tilky promowyw:
— Komandyra do mene. Szwydko.
Ni, ch opci ta diwczata. Wse-taky Gepard jawno ne czekaw, szczo wse tut bude
tak pohano. Zwisno, dobra czekaty ne dowody osia. Jakszczo w e Bijciw kych
Kotiw kydaju zatykaty proryw, to ko nomu zrozumi o: sprawy kep ki. A e szczob
otake!.. U Geparda nawi kinczyk nosa pobiliw.
Nareszti zjawywsia jichnij komandyr. Wytyknu asia z-za chat, zastibajuczy na
chodu kitel, dowha zaspana erdyna w sirych bakenbardach. Rokiw jomu pjatdesiat, ne mensze. Nis czerwonyj, we u pro kach, za atane palciamy pensne, jake
nosy y sztabni tijeji wijny, na dowhomu pidboriddi — mokri krychty uwalnoho tiutiunu. Widrekomenduwawsia win nam sztab-majorom i sprobuwaw perejty z Gepardom na «ty».
Ta de tam! Gepard takoho morozu na nioho napustyw, szczo win jako a rostom zmenszywsia: sperszu buw na piwho owy dowszyj, a czerez chwy ynu h yp —
zmijine mo oko! — win u e znyzu whoru na Geparda dywy sia, sywe kyj takyj didu serednioho zrostu.
Zresztoju, zjasuwa
take. De woroh i skilky joho, sztab-majorowi newidomo;
zawdanniam swojim maje sztab-major utrymaty se o do pidchodu pidkrip ; bojowa sy a joho sk adaje sia zi sta szistnadciaty so datiw z wi moma ku emetamy i
dwoma raketometamy; maj e wsi so daty — obme eno prydatni, a pisla wczorasznioho marsz-kydka dwadcia sim iz nych
hen u tych chatach — chto z mozolamy, chto z hry eju, chto z czym…
— Pos uchajte, — skazaw raptom Gepard. — Szczo ce u was tam koji sia?
Sztab-major urwaw sebe na seredyni frazy i hlanuw, kudy pokazuwa a polirowana trostyna. A e i oczy ka wse-taky w naszoho Geparda! Tilky zaraz ja pomityw:
u najbilszomu koli bila odnoho z wohnyszcz sered sirych kurtok naszych dykobraziw ohydno majacza smuhasti kombinezony imper koji bronepichoty. Zmijine mooko! Raz, dwa, try… Czotyry szczurojidy bila naszoho wohnyszcza, i ci swyni z
nymy ma o ne obijmaju sia. Kuria . Ta szcze j hyhoczu czoho …
— Ce? — promowyw sztab-major i krolaczymy swojimy oczyma pohlanuw na
Geparda. — Wy pro po onenych, pane starszyj nastawnyku?
Gepard ne widpowiw. Sztab-dykobraz znowu naczepyw pensne i wziawsia pojasniuwaty. Ce, baczte, po oneni, a e do nas wony, baczte, odnoho stosunku ne
maju . Zachop eni u wczoraszniomu boju jegeriamy. Ne majuczy transportnych zasobiw, a tako czerez brak osobowoho sk adu dla na noji ochorony…

— Hag, — promowyw Gepard. — Widwedy jich i zdaj Kliszczewi. Tilky sperszu nechaj dopytaje…
Ja k acnuw zatworom i piszow do bahattia. Pokuriuju , twariuky, i ch yszczu
szczo iz kru ok. Mordy u wsich zadowo eni, ysniju . Ce treba, jaka merzota… A
cej, bilawyj, dykobraza po spyni pop eskuje, a dykobraz, bowdur bez mizkiw, skotyna, radyj-radese kyj, ir e ta ho owoju kruty . Pjani wony, czy szczo?
Ja pidijszow do nych uprytu . Dykobrazy pomity y mene szcze zda eka, razom
zamowk y ta pocza y tyche ko rozpowzatysia chto kudy. A w dejakych, napewno,
nohy poterp y wid strachu: jak sydi y, tak i sydia , wytriszczywszy oczi, tilky paszczeky porozziawla y. A smuhasti — to ti a sirymy zroby ysia: znaju naszu ememu szczurojidy, czu y!
Ja nakazaw jim pidwestysia. Wony wsta y. Znechotia. Ja nakazaw jim wyszykuwaty . Wyszykuwa , podity nikudy. Bilawyj poczaw buw szczo belkotity ponaszomu — ja tknuw joho stwo om mi rebra, i win zamowk. Tak wony meni j pisz y
— odyn za druhym, pochniupywszy , zak awszy ruky za spynu. Szczuri. Ta nawi
zapach wid nych jakyj szczuriaczyj… Dwoje — kremezni czo owjahy, p eczysti, a
dwoje, mabu , z ostannioho naboru, chyrlawi szmarkaczi, triszky, mo e, starszi za
mene.
Ja po onenych nenawyd u. Szczo ce, rozumijesz, za taka s yzota — piszow na
wijnu, a potrapyw u po on? Ni, ja rozumiju, zwyczajno: szczo z nych wi mesz, zi
szczurojidiw, a wse-taky hydko, jak sobi choczete… Nu ot, proszu: odyn szmarkacz
zihnuwsia wdwoje, i wywertaje joho. Wpered, wpered, z-zmijine mo oko! Druhyj
poczaw. chu! I jak wony, ci paciuky, b ku smer czuju — nu jak spraw ni
szczuri. I zaraz wony nu na wse hotowi — zradyty, prodaty, pity w rabstwo…
— Bihom marsz! — harknuw ja po-jichniomu.
Pobih y. Powilno bi , pohano. Bilawyj cej nakulhuje. Wa ko poranenyj, znaczy , nohu w azni pidwernuw. Niczoho, doszkutylhajesz.
Dobih y my do toho kraju se a, a tam i wanta iwky — ch opci pobaczy y nas,
zakrycza y, zaswysti y. Ja wybraw kalu u pobilsze, pok aw po onenych marmyzamy w bahniuku i pidijszow do perednioji wanta iwky, de Kliszcz. A Kliszcz u e
meni nazustricz wystrybuje — morda wese a, wusyky pid nosom storczma, w zubach kistianyj mundsztuk za modoju starszoho kursu.
— Nu, szczo ska esz, brate-smertnyku? — ka e win meni.
Ja jomu dopowidaju: take, mowlaw, i take, mowlaw, stanowyszcze, a po onenych obowjazkowo sperszu dopytaty. I w e wid sebe:
— Pro mene ne zabu , Kliszcze, — ka u. — Wse-taky ja jich siudy prywiw…
— Ce ty pro oszyjnyk? — rozhub eno zapytuje win, a sam ozyraje sia.
— Aw ! Chto jich siudy prywiw?
— Ne baczu o ja — na czomu. Ne westy jich u lis…
— A na palach?
— Mo na, zwisno, j na palach… Tilky nawiszczo? — Win pohlanuw na mene.
— A jakszczo bez pal? Wi meszsia?
Nu ot. Tak ja j znaw. Wiczno meni ne ta any . Szczo ja — wynuwatyj, aboszczo,
szczo moho wedenoho pry sztabi za yszy y? A odnomu — jak? Meni j sy y zabrakne. Do weczora budu opynaty , a potim szcze widmywatysia ci u nicz.

— Ty znajesz, — skazaw ja Kliszczewi. — Ja wedenoho ne maju.
— A sam? — pytaje win. — Sznurka z soboju majesz?
Tut mene azart rozibraw.
— A potrymajesz? — pytaju.
A win na mene hlanuw, i meni widrazu serce wpa o.
— Koszenia… — ka e. — Ty tut rozwa atysia budesz, a Gepard tam odyn? Anu
bery try dwijky ta szuruj do Geparda! Ruchom!
Robyty bu o niczoho. Ne sudy osia, znaczy , ne poszczasty o. Pohlanuw ja na
swojich smuhastykiw wostannie, zakynuw awtomat za spynu ta j harknuw z usijeji
sy y:
— Per-rsza, druha, tretia dwijky — do mene!
Koszeniata horochom posypa ysia z wanta iwky: Zaje iz Piwnem, Nosa iz
Krokody om, Snajper iz cym… jak joho… ne zwyk ja szcze do nioho, joho tilky-tilky
z Pigtan koji szko y do nas perewe y — wbyw win tam koho ne toho, ot joho j do
nas.
Ja w e dawno pomityw, ta nikomu ne ka u: zawa
Kit pid hariaczu ruku jakoho-nebu cywilnoho — nehajno nakaz po czastyni. Takoho-to i takoho-to,
yczka taka-to za skojennia kryminalnoho z oczynu rozstrilaty. I taky wywedu na
ac, postawla pered strojem najkraszczych druziw, dadu po niomu za p, ti o zakynu u wanta iwku na predmet hanebnoho pochowannia, a potim czujesz — baczy y joho ch opci abo na operaciji, abo w inszij czastyni… I prawylno, po-mojemu.
Nu, skomanduwaw ja «bihom», i postryba y my nazad do Geparda. A Gepard
tam czasu ne marnuje. Dywlusia — nazustricz nam erdyna ocia, sztab-major, pidtiupcem poroszy , a za nym ko ona, sztuk pjatdesiat dykobraziw z opatamy ta
kyrkomotykamy, buchaju czoboty kamy, spitnili, tilky para wid nych wa . Ce,
znaczy , pohnaw jich Gepard nowu pozyciju kopaty, spraw niu, dla nas. Pid domom
nawproty medczastyny, dywlusia, opaty w e myhotia , i stoji raketo-met, ta j wza2

hali ruch u seli, jak na ho ownomu prospekti w de tezoimenytstwa , — dykobrazy
tak i myhotia , i odnoho ne wydno, szczoby buw iz poro nimy rukamy: abo zi zbrojeju, a e takych ma o, a bilszis tiahnu na sobi jaszczyky z bojeprypasamy ta stanky
dla ku emetiw.
Gepard pobaczyw nas — wyjawyw zadowo ennia. Dwijky Zajcia i Snajpera widrazu pos aw u d ungli w peredowyj dozir, Nosania z Krokody om za yszyw pry
sobi dla zwjazku, a meni skazaw:
— Hag. Ty — najkraszczyj u zahoni raketometnyk, i ja na tebe nadiju . Baczysz
ocych targaniw? Bery jich sobi. Wstanowysz raketomet na tij oko yci, wybery pozyciju pryb yzno tam, de zaraz wanta iwky. Dobriacze zamaskujsia, widkryjesz woho , ko y ja pidpalu se o. Do diji, Kit.
Ko y ja wse ce poczuw, ja ne te szczo postrybaw, a prosto-taky po etiw do
swojich targaniw. Ci targany moji razom z raketometom zagruz y u brudnij wybojini
posered dorohy i zbyra ysia, mabu , wsiu wijnu tam prowowtuzyty . edwe apamy

2 Tezoimenytstwo — imenyny cz eniw car koji rodyny abo inszych welmo nych osib.

worusza , hry onosci. Nu, ja odnomu w wucho, druhomu kopniaka, tretioho pryadom mi opatok, zakryczaw tak, szczo w samoho u wuchach zadzweni o, — zapraciuwa y moji targany po-spraw niomu, maj e jak ludy. Raketomet iz wybojiny
na rukach wynes y i — marsz-marsz — pokoty y dorohoju, a ko esa zawyszcza y,
bahniuka po eti a, i — w inszu wybojinu. Tut u e dowe
i meni wpriahtysia. Ni,
ch opci, dykobraziw te mo na prymusyty praciuwaty, treba tilky znaty — jak.
Oto , stanowyszcze u mene bu o take. Pozyciju ja w e obraw — pryhada ysia
meni nepodalik wid wanta iwok husti taki rudi kuszczyky ta p oska nyzowynka za
nymy, de mo na bu o ehe ko wrytysia u zemlu tak, szczo odnyj dyjawo z boku
ungliw ne pobaczy . A ja widtil wse baczytymu: i dorohu do samisi kych d ungliw, i wsiu sil ku oko yciu, jakszczo popru prosto czerez chaty, i bo oto liworucz,
jakszczo bronepichota zwidty sune sia… I podumaw ja szcze, szczo treba bude ne
zabuty poprosyty u Kliszcza kilka dwijok dla prykryttia z cioho boku. Raket u mene
w otkach dwadcia sztuk, jakszczo tilky ci pysari dorohoju siudy jich ne powykyda y, aby po ehszyty noszu… nu, ce my zaraz pobaczymo, a w bu -jakomu wypadku, szczojno okopajemosia, treba bude pos aty targaniw za popownenniam.
Strach jak ne lublu, ko y w boju dowody sia ekonomyty. Ce w e todi ne bij, a kaznaszczo… Czasu wystaczy do sutinkiw, a ko y wony w sutinkach popru , spa achne
ce dyke se o, i budu wony wsi w mene jak na do oni — byj na wybir. Ne poszkodujesz, Geparde, szczo na mene ponadijawsia!..
ciu ostanniu dumku ja maszynalno dodumaw, u e
aczy na spyni, a w siromu nebi nadi mnoju, jak dywni ptachy, eti o jake pa ajucze k oczczia. Ni
postri u, ni wybuchu ja ne poczuw, a zaraz i wzahali niczoho ne czuw. Oh uch. Ne
znaju, skilky czasu zbih o, a potim ja siw.
Iz d ungliw po czetwero w riad wypowzaju bronechody, pluju wohnem ta
rozhortaju sia u bojowe wija o, a za nymy wypowzaje nastupna czetwirka. Se o hory . Nad okopamy dym, ani duszi ne wydno. Pochidna kuchnia porucz iz faktorijeju
perekynuta, warywo z neji roz osia burym misywom, paruje. Raketomet mij te
perekynutyj, a targany
u kanawi kupoju odyn na druhomu. Odne s owo, zajniaw ja zrucznu pozyciju, zmijine mo oko!
Tut nakry o nas druhoju czerhoju. Znes o mene w kanawu, perekynu o czerez
ho owu, powen rot h yny, oczi zaby o zem eju. Tilky na nohy pidwiwsia — tretia
czerha. I pisz o, i pisz o…
Raketomet my wse-taky na ko esa postawy y, skoty y u kanawu, i odyn bronechid ja spa yw. Targaniw sta o w e dwoje, kudy podiwsia tretij — newidomo.
Potim — widrazu, bez perechodu — ja opynywsia na dorozi. Poperedu ci a
kupa smuhastykiw — b ko, zowsim b ko, porucz. Na jichnich k ynkach krywawo wyb yskuwaw woho . Nad wuchom u mene oh usz ywo torochkotiw ku emet, u ruci buw ni , a bila nih mojich chto smykawsia, piddajuczy meni pid kolina…
Potim ja staranno, jak na poligoni, nawodyw raketomet u sta ewyj szczyt, jakyj
nasuwawsia na mene z dymu. Meni nawi czu asia komanda instruktora: «Po bronepichoti… bronebijnym…» I ja nijak ne mih natysnuty na spusk, bo w ruci mojij
znowu buw ni …
Potim raptom nastaw perepoczynok. Bu y w e sutinky. Wyjawy osia, szczo raketomet mij ci yj, i sam ja te ci yj, dowko a mene zibra asia ci a kupa dykobraziw,

czo owik desia . Usi wony kury y, i chto ty nuw meni do ruk flahu. Chto? Zaje ?
Ne znaju… Pamjataju, szczo na tli pa ajuczoji chaty za trydcia krokiw czorni a
dywna posta : wsi sydi y abo
y, a cej stojaw, i sk ada osia take wra ennia, nibyto win czornyj, a e ho yj… Ne bu o na niomu odiahu — ni szyneli, ni kurtky. Czy
ne ho yj wse-taky?.. «Zajciu, chto ce tam styrczy ?» — «Ne znaju, ja ne Zaje ». —
«A de Zaje ?» — «Ne znaju, ty pyj, pyj…»
Potim my kopa y, pospisza y jak moh y. Ce bu o w e jake insze misce. Se o
bu o w e teper ne zboku, a poperedu. Tobto se a bilsze ne bu o wzahali — kupy
ho oweszok, zate na dorozi pa y bronechody. Bahato. Kilka. Pid nohamy chlupoti a bo otiana juszka… «Oho oszuju tobi podiaku, mo ode , Kote…» — «Darujte,
Geparde, ja szczo pohano rozumiju. De wsi naszi? Czomu tilky dykobrazy?..» —
«Wse harazd, Hagu, praciuj, praciuj, chorobryj brate, usi cili, wsi w zachwati wid
tebe…»
…Aha! Wlipyw! Priamisi ko w tupe ry o. Zadkuje, osidaje na kormu, wykydaje
w czorne nebo snip iskor. Bi , bi ! «Kote, praworucz. Praworucz! A-ap!..» Praworucz niczoho ne baczu, ta j ne dywlu . Rozwertaju tudy stwo , i raptom z czornoczerwonoji muti prosto w yce z ywa ridkoho wohniu. Wse widrazu spa achuje — i
trupy, i zemla, i raketomet. I jaki kuszczi. I ja. Bolacze. Pekelnyj bil. Jak baron
Tregg…
Kalu u meni, kalu u! Ta tut kalu a bu a! Wony w nij
y! Ja jich tudy poaw, zmijine mo oko, a jich u woho treba bu o k asty, u woho ! Nema kalu i…
Zemla hori a, zemla dymi a, i chto raptom z nelud koju sy oju wybyw jiji w mene
z-pid nih…


Related documents


a i b strugacki chlopec iz pekla abc
a i b strugacki chlopec iz pekla
a i b strugacki maluk abc
awramenko nebo powne zirok
altow obpalujuczyj rozum
a i b strugacki piknik na uzbiczczi

Link to this page


Permanent link

Use the permanent link to the download page to share your document on Facebook, Twitter, LinkedIn, or directly with a contact by e-Mail, Messenger, Whatsapp, Line..

Short link

Use the short link to share your document on Twitter or by text message (SMS)

HTML Code

Copy the following HTML code to share your document on a Website or Blog

QR Code

QR Code link to PDF file A. i B. Strugacki - Chlopec iz pekla (abc).pdf